O matko, jestem leniwcem…

Hmm, dokładnie tak. Leniwcem. Przynajmniej jeśli chodzi o kilka ostatnich dni. Kilka? No dobra, przynajmniej, jeśli chodzi o wczorajszy dzień. Matko, myślałem, że nie wstanę z łóżka. Dosłownie brakowało mi energii. Poruszałem się jak leniwiec na animowanym gifie powyżej. Naprawdę. Dramat jakiś. Chyba dopadło mnie jakieś wiosenne przesilenie. Ale co się dziwić, skoro pogoda zmienia się nawet nie jak w marcu czy w kwietniu zgodnie z dawnymi porzekadłami, ale jeszcze bardziej, jak w kalejdoskopie. Rano odpadają mi ręce przy drapaniu szyb w samochodzie (rękawiczki zostały w domu, bo przecież „świeci słońce”), po południu kurtka w ręce a na plecach strużki potu (bo przecież „świeci słońce”). Masakra. Do tego jeszcze znów krótsza doba (tak, wiem, wiem, że to niemożliwe, żeby z dnia na dzień była krótsza, ale ja przejrzałem już nasze władze, co podstępkiem manipulują czasem, skracając noc i wydłużając dzień). I ja się potem nie dziwię, że coraz częściej bardzo trudno wyrobić się nam przed północą ze wszystkim. Zanim Szymek wreszcie pójdzie spać, zanim my się ogarniemy, jeszcze potem jakiś film może i już robi się kwadrans do zero-zero. A z tego prosta droga pierwszej w nocy jako ostatniej widzianej godziny przed zaśnięciem. I potem nie ma się co dziwić, że nie ma „prondu” rano, tylko się człowiek ostatnimi resztkami zdrowego rozsądku z łóżka zdziera. Zresztą, nieważne. Dość tego przynudzania, bo jeszcze zaśniecie (albo co gorsza, zamkniecie stronę ;) ).

Zwłaszcza, że wiem, co mi poprawi humor. Kawa! Nie, nie jestem typem osoby, która od kawy zaczyna dzień, która po wstaniu pierwsze co robi, jeszcze śpiąc, to przygotowuje kawę, ale… owszem lubię. Może niecodziennie, nie za każdym razem, ale od czasu do czasu, towarzysko, lubię kawę. Wypitą z Mamą Sz., kawę z mlekiem… I w zasadzie nie ma dla mnie większego znaczenia, czy to kawa rozpuszczalna, czy parzona… Może ewentualnie z delikatną przewagą tej drugiej – ale wtedy tylko i wyłącznie z klasycznej „przelewówki”. No i tak właśnie sobie myślałem ostatnio, co by nie odświeżyć naszego ekspresu do kawy, który wszak ma swoje… matko lat dziesięć już. I tak trafiłem na świetny ekspres, który jak dla mnie i Mamy Sz. w pełni by wystarczył, ekspres klasyczny, niespecjalnie „wybajerzony”, za to taki, który po prostu robi kawę: Legacy Floral marki Russell Hobbs. W zasadzie dla mnie to jest marka dość… nieznana, ale ekspres wygląda bardzo stylowo i interesująco. Znalazłem go na stronie internetowej sklepu indelo.pl
/
i zastanawiam się nad nim. Może czas zacząć wymieniać co poniektóre nasze sprzęty z zakresu małego AGD, póki jeszcze działają i nie postawią nas któregoś dnia przed faktem dokonanym związanym ze zdecydowaną odmową działania…?

Ale że to… już?

No… w sumie to tak, to już. Kalendarz nie kłamie, łobuz jeden, bezlitośnie odzierając mnie ze złudzeń. Taaak, piątek. Normalnie to pewnie byłbym radosny i szczęśliwy, tyle, że akurat dzisiejszy piątek wyznacza mi połowę ferii, czyli że z dwóch tygodni przysłowiowej „laby” został jeden. I to nawet już nie „laby”, bo będzie kreatywnie (mam nadzieję) i konstruktywnie. Zresztą, i „laba”była tylko przysłowiowa, chociażby z powodu Szymonowego żołądkowego wirusa (albo grypy żołądkowej, czort jeden wie, co to było – ważne, że już się skończyło ;-) ). I w zasadzie z całego tygodnia zimowych zajęć w szkole Szymek był wczoraj i dzisiaj – mówi się trudno, kosztowało symbolicznie, raczej chodzi o to, że musiał siedzieć w domu. No i oczywiście o moje plany, hehe. A plany były że hoho, wielkie. Ale jak to bywa, nie wyszło. To znaczy, wyszło trochę, wczoraj, wyszło trochę dzisiaj.

Bo wiecie, jakoś tak mamy ostatnio z Mamą Sz. chęć na stare filmy. Wiecie, te z cudnych lat ’90 albo i ’80. Więc sobie co wieczór oglądamy jakiegoś takiego twora z tamtych lat, takiego, co ma właśnie odpowiedni rocznik, ale jakoś tak uciekał nam przez ten czas. No i tym sposobem mamy już za sobą „Urodzonych morderców” czy też „Top Gun”*. Ostatnio chcieliśmy się zmierzyć z „Fatalnym zauroczeniem”, ale Szymek w jednej trzeciej przybył do nas i wyraził wolę zadekowania się w naszym łóżku, więc odpuściliśmy. A z moich osobistych planów – dziś udało mi się wrócić do „Ognistych Ptaków” z Nicolasem Cage’m. Ach, co to był za film ;-).

Zresztą ostatnio coś Szymek źle nam sypia. Niby się przebudza w nocy, ale jakby nie do końca jest przebudzony, walczy z tym, co mu się śni, popłakuje… Ani chybi coś go gryzie. Pytanie tylko, co gryzie Gilberta Grape’a** Szymona, że nie może w nocy spać? Bajki może, które ogląda… Albo to, że chodzi zdecydowanie za późno spać. Nieważne. Walczymy, śpiewamy kołysanki (znaczy Mama Sz. śpiewa, ja udaję, bo po moich uszach przeszedł nie tyle słoń, co mamut i to w dodatku nie dość, że w obu kierunkach, to jeszcze razem z całą swoją mamucią rodziną i głosu tudzież poczucia rytmu we mnie za grosz nie ma ;P ), tulimy i mamy nadzieję, że przejdzie. Muszę zrobić mały, rodzinny risercz, czy jak byłem mały, to też były takie kłopoty senne? Może to geny moje zwichrowane po prostu Szymkowi spać nie dają po nocach ;) ? Zresztą, nieważne, będzie dobrze.

Będzie dobrze, bo już za tydzień kończy się styczeń. I ja się cieszę. Tym bardziej, że ostatnio coraz częściej nasza Fabianka przy odpalaniu silnika radośnie merda ogonkiem (znaczy się wycieraczka z tyłu sama jej przelatuje przez szybę ;-P ), co jest ostrzeżeniem o słabszej mocy akumulatora. Czyli że znów może nadejść taki dzień, w którym przekaże nam jasny sygnał „sorry, dzisiaj nie da rady” i nie odpali. Więc właśnie – ja się tam cieszę. Koniec stycznia, bliżej wiosny, chociaż wioskowa mądrość mówi coś tam o nadejściu lutego i kuciu butów (ale że kowal buty wykuwa ;P ? ). Nie wiem, nie znam się, ignoruję, i nadzieję na wiosnę mam ;-P.

A skoro wiosna, to przecież i ciuchy, nie? Mama Sz. wynalazła ostatnio ciekawą książkę, która wydatnie pomocna jest przy sprzątaniu (czyt. pozbywaniu się rzeczy, których nie potrzebujemy, ale do których mamy sentyment ;) ), czyli „Magia sprzątania” autorstwa Marie Kondo. Oczywiście, z naszego punktu widzenia, po odrzuceniu z pierwszego podejścia całą filozofię porządku feng shui, pozbywanie się ciuchów (czy w ogóle rzeczy) na zasadzie odpowiedzi na pytanie, czy dany przedmiot sprawia nam przyjemność… To ma sens. I od razu można zrobić więcej miejsca w szafie, nie?

A skoro już więcej miejsca się zrobiło, to można od razu miejsce to zapełnić :D. A że teraz szafy wysprzątane zgodnie z zasadami feng… no dobra, niezgodnie z tymi zasadami, ale zgodnie z poczuciem przyjemności, to miejsca też zrobiło się duuużo. I skąd wziąć tyle nowych, fajnych ciuchów? Najlepiej z dobrego źródła – oczywiście. A takim źródłem może być na przykład hurtownia odzieżowa. Taką, jak znalazłem dzisiaj, przejrzałem ofertę i kurcze… kilka rzeczy szybko znajdzie się w tym nowo wygospodarowanym dzięki feng shui*** miejscu w szafie. A co, facet też może się pochwalić, że sobie ciuchy kupi, nie ;) ?

*tak, właśnie „Top Gun”. Uwierzycie, że ja ten film obejrzałem – tak naprawdę obejrzałem, od początku do końca – dopiero teraz, tyle lat po nakręceniu go?

**no proszę, kolejny film z lat dziewięćdziesiątych mi się wcisnął ;P.

***no co ja mam z tym feng shui dzisiaj ;P ?