Z modelarskim klejem powrót do dzieciństwa

Nie pamiętam swojego pierwszego. Pamiętam… Może drugi? Na pewno jeden z pierwszych. To było jeszcze w podstawówce, w szóstej czy może siódmej klasie. Przed wyjazdem na szkolną wycieczkę miejskim autobusem do teatru dla dzieci, w niewielkim sklepiku zobaczyłem niewielkie pudełko. Oczywiście, jako dzieciak, nie patrząc na koszta zakupiłem model PZL TS-11 Iskra. Na szczęście przy powrocie, na przystanku spotkałem mamę, która uzupełniła mój budżet i zakupiła bilet dla mnie.

A plastikowy model Iskry skleiłem. I nakleiłem polskie znaki. Oczywiście zapomniałem o plastelinie w dziobie i samolot uroczo unosił dzióbek, opierając się na ogonie. Ale sklejanie chyba już wtedy to lubiłem. Żałuję, że nie pamiętam pierwszego. Pewnie pokazał mi to tata. Potem były kolejne. Zawsze samoloty. Na przykład Vought F4U Corsair, który skleił i pomalował dla mnie właśnie tata. Albo Hughes OH-6 Cayuse, który posklejałem sobie sam. Pamiętam, że był cały czarny. No i jeszcze AH-1W SuperCobra, którą skleił mi i pomalował w pustynny kamuflaż mój starszy kuzyn. Pamiętam też śmigłowiec, który do teraz uważam za najpiękniejszą ze wszystkich takich maszyn – AH-64 Apache. Miałem również MH-53E Sea Dragona. Cholera, widzę, że pamiętam tylko helikoptery. A przecież na pewno miałem również samoloty, ale… Ach, no tak. Consolidated PBY Catalina. Najpiękniejsza łódź latająca wszechczasów. Wielka i żółta. A potem sobie odpuściłem. W zasadzie nie wiem, dlaczego. Po prostu skończyłem sklejanie modeli. Nie sądzę, żeby to było znudzenie. Raczej… Brak czasu, a być może świadomość, że modele powinny być coraz lepsze, dokładniej poskładane, pomalowane. Oczywiście moja cierpliwość wtedy była na znacznie niższym, niż wymagany do takich działań poziomie i… Przestałem sklejać.

A teraz sam robię to, co mój tata. Razem z Szymonem wziąłem się za składanie modelu. Zobaczymy, czy wkręci się w to tak, jak ja kiedyś. A ja będę go wspierał, jeśli tylko będzie chciał.

PS. Hmm, skłamałem. Albo też moja pamięć nie do końca dobrze przypomniała mi pewne fakty. To jednak nie była Catalina. To była inna łódź, podobna, ale jednak nie ten model. Jednak to nie zmienia faktu, że uważam Catalinę za najpiękniejszą w swoim gatunku. Zaś jeśli chodzi o pierwszy model, albo któryś jeszcze sprzed Iskry, to był to model któregoś z MIG-ów. Jeszcze ten, który miał wlot powietrza do silnika w dziobie. A może to był model mojego kuzyna? W sumie obaj sklejaliśmy…

PS. 2. Zdjęć dwóch samolotów, jakie skleiłem przez obecny weekend z Szymonem nie wrzucę. Nie nadają się do publikacji ;). Szymon pomagał wycinać części, a ja sklejałem popędzany jego „kiedy będzie gotowe”, w dodatku wyszedłem z wprawy więc… Cóż. Lockheed F-104G Starfighter oraz PZL „Łoś I” stoją sobie na półce tuż obok trzech moich samochodów. Może gdy skleimy następny egzemplarz i zrobimy to bardziej udanie, to się pochwalę ;).

Przegrałem…

Przegrałem! Przegrałem! Tata mnie pokonał! A potem była już tylko histeria i płacz, a dwadzieścia cztery karty, w parach, podzielone nierówno szesnaście do ośmiu, kopnięte, rozleciały się po podłodze. A to miała być zwykła gra w memorki.

 No tak, przyznaję, zły ojciec jestem. Specjalnie, z rozmysłem i czystą złośliwością pokonałem w grę własne dziecko. Patrzyłem, jak nie trafia w takie same obrazki, podczas gdy ja, sięgając do moich najgłębszych zakamarków pamięci, zbierałem kolejne karty z identycznymi obrazkami. Jestem zły… ]:-).

 Dobra, a teraz na poważnie. Faktycznie, pokonałem Szymona mojego w memorki, stworzone z „Czarnego Piotrusia” po odrzuceniu wspomnianej w nazwie, pechowej „trzynastki”. Po pięciu wygranych przez niego rundach w końcu postanowiłem go pokonać. Oj, czemu zachowałem się tak podle, jak mogłem tak wrednie postąpić?

 Szymon lubi grać w różne gry. I muszę przyznać, że całkiem nieźle mu to wychodzi. Nie ma problemu z liczeniem przy przesuwaniu pionkiem po planszy, czy też z zapamiętywaniem par w grze w memorki. Problem pojawia się właśnie tylko wtedy, gdy Szymon zaczyna… przegrywać. Nagle postanawia, że to on będzie grał pionkiem, który jest pierwszy, albo podgląda karty, twierdząc, że to ja oszukuję. Ot, taki mały łobuz ;).

 Ale właśnie postanowiliśmy, że trzeba Szymonowi naprostować pogląd na wszelkiego rodzaju gry, na to, że nie zawsze się wygrywa i że trzeba czasem się pogodzić z porażką. Bo nie zawsze można wygrywać i trzeba to uświadomić naszemu skarbowi.

(źródło grafiki: )