Jura Krakowsko-Częstochowska – Olsztyn

Pierwszego dnia opuściliśmy dom kilka minut po ósmej rano. Ładna pogoda – generalnie, bo w kilku miejscach złapał nas deszcz – do tego spokojny ecodriving i pokonawszy nieco ponad sto siedemdziesiąt kilometrów w czasie dwóch godzin i kwadransa byliśmy na miejscu – to znaczy w Olsztynie na terenie Jury Krakowsko – Częstochowskiej.

Bez problemu znaleźliśmy parking tuż przy ruinach zamku Olsztyn. Zarówno opłata parkingowa (jednorazowo za cały dzień) jak i ta za wejście na teren ruin były bardzo przystępne więc ruszyliśmy. Oczywiście, ruiny jak to ruiny – resztki ścian, murów obronnych, wieża, na którą można było wejść (za dodatkową opłatą, zrezygnowaliśmy z tego). Dla mnie najbardziej zachwycające były widoki z góry – w zasadzie widok na cały Olsztyna. Malutka, urocza wieś. Mieliśmy w nim dwa główne cele do „zaliczenia”: ruiny zamku oraz Ruchomą Szopkę:

Ruiny zamku w Olsztynie:

Ruchoma Szopka, to miejsce jedyne w swoim rodzaju, w którym możemy zobaczyć oczywiście szopkę z mnóstwem ruchomych drewnianych figurek, przedstawiających Betlejem, ale również sceny z życia rzemieślników takich jak bednarze czy drwale. Ogromna większość figurek porusza się, stuka, puka i trzeszczy, tworząc swoistą muzykę. Znajduje się dosłownie dwa kroki od centrum miejscowości. Więcej o niej możecie przeczytać tutaj, do czego serdecznie zachęcam.

Kolejnym punktem pierwszego dnia po Olsztynie był Pałac Raczyńskich w Złotym Potoku. Jadąc do niego pobłądziliśmy po raz pierwszy, z powodu mojego błędu: nawigacja prowadziła nas prosto pod pałac, zamiast na niewielki parking tuz przy wejściu na teren pałacu. Pałac otoczony jest ogromnym ogrodem  utrzymanym w stylu angielskim. Natomiast sam pałac jest ogromny, z daleka piękny, jednak… Niestety mocno zaniedbany. Stare, drewniane okna, takie same drzwi, nie działająca fontanna. Szkoda, bo pałac ma potencjał, potrzebuje tylko renowacji.

Zdjęcia Pałacu Raczyńskich oraz staw na jego terenie:

Po Złotym Potoku ruszyliśmy w stronę Mirowa, by znaleźć się na parkingu blisko pierwszego z bliźniaczych zamków. Pierwszy z nich jest w renowacji i tak naprawdę ma postać ruin, na które nawet nie można wejść.

Zamek Mirów:

Za to drugi zamek, ten w Bobolicach… Jest już w pełni odrestaurowany i na jego terenie znajduje się piękny hotel. Sam zamek jest dostępny do zwiedzania, chociaż my akurat z tego zrezygnowaliśmy.

Zamek w Bobolicach:

Pomiędzy jednym a drugim zamkiem wiedzie turystyczny szlak, jednak z uwagi na odległość (około półtora kilometra w jedną stronę) oraz obecność Szymona zdecydowaliśmy się na przejazd samochodem, wygodną, asfaltową drogą.

Ostatnim punktem pierwszego dnia przed przyjazdem do miejsca noclegowego była skała Okiennik Duży. Tutaj znów nawigacja była nadgorliwa i pokierowała nas uroczą, leśną drogą, za to dosłownie niemal pod samą skałę. Myślę, że gdybyśmy pojechali od drugiej strony, dojechalibyśmy łatwiej.

Leśna droga (w pełni przejezdna nawet dla naszej Fabianki!) do Okiennika:

No i wreszcie nocleg. Jak pisałem w poprzednim wpisie, skorzystaliśmy z serwisu Booking.com i znaleźliśmy pokój w Ogrodzieńcu, w Restauracji w Ratuszu. Jak wrażenia po pierwszym dniu? Bardzo pozytywne. Parking niestrzeżony, ale na ogrodzonym terenie obiektu, za budynkiem, z Lewiatanem po drugiej stronie drogi. Jeśli chodzi o wnętrza, to oczywiście możecie obejrzeć sobie galerię zdjęć na stronie Restauracji, a ja tylko potwierdzam, że tym razem zdjęcia nie kłamią.

Ach, jeszcze jedna rzecz: pogoda. Była… zmienna, chociaż głównie w podróży. Potem świeciło nam słońce, nie było zbyt wiele chmur. Na szczęście przez lwią część czasu byliśmy chłodzenia delikatnym wiatrem i daliśmy radę.

Szymon wyjedzie do wioski (angielskiej…)

Bo w zasadzie to dlaczego by nie :D ? Wyślemy tego naszego małego szkraba drugoklasistę niemal do wioski. Ale prawda też taka jest, że wioska nie będzie taka tam zwykła, zwyczajna, tylko angielska. A skoro angielska, to i z nazwą angielską – Angloville.pl.

No dobra, wystarczy głupotek. Tak na poważnie: całą ta angielska wioska to po prostu udział w obozie językowym. Nawet już w tym roku, przez wakacje są terminy, z których Szymek mógłby skorzystać. Jego pół roku starszy kuzyn ma już zaplanowaną pierwszą kolonię. Czy Szymon mógłby też coś takiego zaliczyć? Patrząc na terminy, to w zasadzie jest to tylko pięć dni. Za to pięć dni z native speakers, w małych grupach, z nauką angielskiego. W zasadzie dlaczego nie, prawda? Minus jeden jest taki, że najbliższy nam ośrodek jest aż za Krakowem. Ale z drugiej strony, gdybyśmy dobrze wszystko zaplanowali, moglibyśmy połączyć to z jakimiś naszymi wakacjami w okolicach Krakowa. A z drugiej strony – skoro miałyby to byś wakacje również dla nas, to bez trudu połączylibyśmy taki obóz językowy dla Szymona z wakacjami gdzieś na terenie całej Polski. Okolice Warszawy, Wrocławia, Gdańska czy wspomnianego Krakowa. Coś wybierzemy. A Szymek się osłucha. Bo przecież język obcy trzeba znać i umieć. A w dzisiejszych czasach to nawet nie jeden, prawda?