Dzieci, jedziemy do Krakowa!

Mniej więcej takie właśnie słowa usłyszał Tata Szymona jakieś dwadzieścia kilka lat temu. No i oczywiście ucieszył się niesamowicie, bowiem przed wycieczką na lekcjach w szkole była przerabiana tematyka Krakowa, jego historia, a przede wszystkim – temat Smoka Wawelskiego. Przynajmniej dla Taty Szymona przede wszystkim.

Były to czasy, kiedy w polskiej prasie pojawił się… eee… tygodnik? Dwutygodnik? Cóż, nią pamiętam, jako często się pojawiało owo czasopismo. Wiem jednak, że było. Nazywało się „Dinozaury” i właśnie na ten temat było ukierunkowane. Moi rodzice kupili mi z ciekawości pierwszy numer (a może to ja ich namówiłem, rozochocony prezentem w postaci kawałka czaszki Tyranozaura świecącego w ciemności?). W każdym razie dałem się wciągnąć i uzbierałem grzecznie wszystkie odcinki, dumnie składając z poszczególnych kawałków cały szkielet króla drapieżnych dinozaurów. Który w dodatku jeszcze świecił w ciemnościach. A ja wkręciłem się w temat dinozaurów, oglądając kolorowe obrazki wielkich gigantów, czytając o nich, chłonąc wiedzę i tak dalej. A potem padła informacja o szkolnej wycieczce do Krakowa. A przecież wiadomo, że w Krakowie smok. Wielki, zielony koniecznie, ani chybi wyglądający tak, jak dinozaury w moich czasopismach, tyle że z wielkimi nietoperzowymi skrzydłami i ogromnym płomieniem wylatującym z pyska. Uzbrojony w taki właśnie obraz z uśmiechem wziąłem w szkolny autobus i pojechałem do Krakowa, spełnić moje ówczesne marzenie – zobaczyć wielkiego, prawie prawdziwego smoka.

Kraków mnie nie zachwycił. Rynek? Pfffff… Wielki plac jakoś taki z pomnikami, kościół też jakiś tam, z hejnałem urwanym niby że ku pamięci kogoś, kto był na tyle głupi, żeby wyć w róg tak, żeby go było widać. To mnie nie interesowało. Smoka chciałem zobaczyć! Wawel? Też nie był interesujący. Ot, zamek i to nawet nie taki, wiecie, „zamkowy”, tylko… Nie wiem, pałac na wzgórzu? Nie dotarło to do mnie. Na szczęście nasza pani powiedziała, że idziemy zobaczyć smoka. Więc z radością pobiegłem.

I zobaczyłem… to coś. Zdziwieniu nie było końca. Chude, czarne, powyginane, o ostrych krawędziach, z sześcioma niby-rękami-mackami czy co tam autor miał na myśli. I jeszcze ten niby ognio-rzyg trwający dwie sekundy co minutę (chyba). I niby-skrzydełka wyglądające jak… Chyba poły kurtki rozwianej na wietrze. Dramat. DRAMAT! Pamiętam doskonale, jak cały mój wizerunek Krakowa, smoka i całej tej historii upadł, a ja poczułem mega-wielki-zawód. To było po prostu straszne.

No dobrze, wybaczcie mi ten przydługi i nudny wstęp, ale nie mogłem się powstrzymać. Wszystko dlatego, że miniony weekend, a w zasadzie minioną niedzielę spędziliśmy właśnie w Krakowie. Cały dzień, od samego rana po późny wieczór. My, to znaczy ja, Szymon, Mama Szymona oraz przyjaciółka Mamy Sz. J. i jej córka J., w wieku  Szymona, mniej więcej. Było super.

Hulajnogi. To jest pierwsza rzecz, o której muszę napisać. Coś, co zdecydowanie uratowało nasz wyjazd. Zdaję sobie sprawę, że gdyby nie to, nie zwiedzilibyśmy tyle miejsc i nie spędzilibyśmy tyle czasu w Krakowie. Dzieciaki, zamiast marudzić, że trzeba znów iść, śmiało śmigały po chodnikach Krakowa. To był genialny pomysł.

A sam Kraków? Zaczęliśmy od Bramy Floriańskiej i Barbakanu – pierwszego punktu na drodze do rynku.

image

image

Potem był rynek – trzeba było przecież koniecznie wysłuchać hejnału, obejrzeć pomnik Adama Mickiewicza, pospacerować w cieniu Sukiennic oraz zajrzeć do Podziemii pod rynkiem.

image

image

No właśnie, Podziemia. Cudowne miejsce, mega-interaktywne, z którego Szymon nie chciał wyjść. Pełne historii, opowiedzianej w bardzo atrakcyjny sposób. Genialne miejsce, obowiązkowe na trasie każdej wycieczki. Muzeum na naprawdę europejskim poziomie.

image

image

image

image

image

Po zwiedzeniu podziemnego muzeum zostaliśmy jeszcze na chwilę na rynku. Nie sposób było nie przejść się pod Sukiennicami, gdzie przez ilość kramików i sklepików pojawiło mi się skojarzenie z wielkim bazarem w Istambule, oczywiście w takiej pomniejszonej skali. Niesamowicie klimatycznie i obłędnie. W dodatku z małą nagrodą za zadzieranie głowy w górę – znalazłem herb mojego miasta :-).

image

Na Rynku nie mogło oczywiście obyć się bez wysłuchania Hejnału i zerknięcia do wnętrza Kościoła Mariackiego. Wtedy, w podstawówce, na pewno też byłem w środku. Ale nie pamiętałem nic z tamtej wycieczki. Może to i lepiej?

Kościół zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Gdy wszedłem do środka, wręcz poraził mnie jego ogrom. Wielki ołtarz, górujący nad wszystkim, sklepienie gdzieś tam, daleko w górze i ogromna rzeźba ukrzyżowanego Jezusa. Patrząc na to wszystko odniosłem wrażenie, że mógłbym tak stać w bezruchu i patrzeć, chłonąc całym sobą epickie piękno – wiem, jak idiotycznie i banalnie to brzmi, ale… Cóż, właśnie to czułem – nieskończony podziw i zachwyt. Nie spodziewałem się, nie oglądałem krótko przed wyjazdem żadnych zdjęć w Internecie i… chyba dobrze, bo zdjęcia nie są w stanie oddać tego piękna. Uff…

Po rynku przeszliśmy się na Wawel. To również obowiązkowy punkt zwiedzania, w dodatku taki, na który teraz patrzyłem inaczej – gdy jeszcze wszystkie chmury uciekły gdzieś daleko i na niebie został wyłącznie czysty błękit było naprawdę pięknie.

image

image

image
image

Po Wawelu koniecznie był smok – musiałem koniecznie zobaczyć, czy nadal wygląda tak beznadziejnie „niesmokowo” i – ku mojej rozpaczy – nic się nie zmieniło. Na szczęście Szymon, wolny od jakichkolwiek wyobrażeń, uległ czarowi i stwierdził, że smok jest całkiem fajny. A ja wnikliwie wpatrywałem się w rzeźbę i… cóż, odkryłem „co autor miał na myśli”. Po prostu nowe chodzi o smoka „z prawdziwego zdarzenia”, który zdecydowanie musiałby być bliższy moim dziecięcym wyobrażeniom, lecz o wiwernę. To średniowieczne monstrum zdecydowanie bardziej podobne do wawelskiego smoka. Chociaż z drugiej strony… wywerny mają tylko jedną parę nóg, ich przednie ramiona w toku ewolucji przekształciły się w skrzydła, a z kolei Krakowski Smok ma jednak skrzydła na ramionach i więcej przednich kończyn… Chyba nie jest to jeszcze jednoznacznie rozstrzygnięte ;-).

Potem znów wróciliśmy na chwilę na Rynek, spacerując uliczkami. Kraków jest niesamowicie klimatyczny i obiecaliśmy sobie, że na pewno tu jeszcze nie jeden raz wrócimy.

Tata Szymona go to Hel

Nie, spokojnie, szlag mnie nie trafił ani diabły nie wzięły. Mieliśmy tą wycieczkę zaplanowaną od weekendu, a wczorajsze odgłosy krążącej burzy i nocny deszcz upewnił nas o słuszności decyzji – pojechaliśmy na Hel.

W planach mieliśmy odwiedzenie Fokarium, zwiedzenie Helu, zaliczenie poczty wraz z nadaniem pocztówek. Ot, standard. Teraz, gdy już w deszczu wróciliśmy do Ostrowa, mogę co nieco napisać.

Cóż, sam przejazd przez półwysep… Przyznam szczerze, że nastawiłem się na nieco inne widoki – liczyłem, że pojedziemy środkiem półwyspu, mając po obu stronach morze. Takiego widoku (a tym samym zdjęcia z naszą Fabką) nie było. Ale droga sama w sobie… Może nie licząc marnej nawierzchni (albo kiepski, połatany asfalt, albo bruk) piękna. Prowadząca przez lasy, z delikatnymi zakrętami, szeroka… Aż chce się jechać. W jedną stronę prowadziła Mama Sz., w drugą ja i mamy podobne odczucia – piękny, relaksujący kawałek drogi – oczywiście, gdy nie jedzie się w korku ;). Droga drogą jednak, jaka by nie była, zaprowadzi nas do celu czyli na Hel. Jak zwykle ;) najpierw pozytywy.

Tak naprawdę nie mieliśmy zbyt dużo czasu na zwiedzanie. Przeszliśmy przez ulicę Wiejską – jedynie. Ulica jest śliczna, wypełniona ładnymi kamienicami, restauracjami, kawiarniami i barami. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy obiad, nadaliśmy pocztówki – to tak w skrócie. Bardzo podobał się nam spacer tą ulicą.

Kolejną rzeczą na Helu, która bardzo się nam spodobała, było nadbrzeże. Spacer wzdłuż nadbrzeża, z ciekawymi informacjami na płocie Fokarium (o tym za chwilę), ładnym widokiem na Zatokę Pucką – ładnie.

Fokarium. Ulotki z tego miejsca mieliśmy prawie przy każdym zostawieniu auta na parkingu przy plaży. Reklamowane jako fajne miejsce, gdzie można zobaczyć na żywo foki. I w ogóle reklamowane jako piękne miejsce, którego nie można nie odwiedzić.

Odnieśliśmy zgoła inne wrażenie. Fokarium nam się zupełnie nie spodobało. Nawet nie doczekaliśmy do pokazu karmienia – chyba jedynym celem Fokarium poza opieką nad fokami jest upchanie jak najwięcej ludzi – wszak każdy odwiedzający to kolejna piątka wrzucana do automatu. Szymon na moim karku co nieco zobaczył ponad kolonistami, którzy zostali wpuszczeni bocznym wejściem, omijając długą kolejkę, ale daliśmy sobie spokój dość szybko. I jeszcze wspomniany automat bramkowy – przyjmuje tylko monety 5zł. Z kolei obok jest automat rozmieniający, ale przyjmuje tylko banknoty 10zł i 20zł – jest to więc spore „ułatwienie” dla klientów. Nie, my dziękujemy, na Fokarium się zawiedliśmy bardzo. I odradzamy. Szkoda czasu, lepiej więcej poświęcić go na zwiedzenie Helu.