Wpisany na semestr pierwszy, rok studiów pierwszy, 2001/2002

No właśnie jakoś tak mi się zebrało na wspominanie. Tytuł tego postu to pierwszy wpis w moim indeksie. Patrząc na rok, z którego pochodzi wpis i porównując go z tym, co mi się wyświetla na ekranie smartfona… Cóż, porażający ogrom czasu. Nawet nie pamiętam tak do końca, jak to wtedy było, musiałbym chyba popatrzeć do mojego pamiętnika z tamtych czasów. Taaak, tego samego, o którym wspominałem kiedyś już tutaj. Więc, jak wspomniałem, nie pamiętam, jak to było wtedy, na początku. Na pewno nie przypuszczałem wtedy jeszcze, że kiedyś stanę się Tatą Sz., ani tym bardziej że gdzieś w tych samych murach tej samej uczelni krąży piękna studentka, która stanie się później Mamą Sz. Dawne czasy.

A dzisiaj… Dzisiaj wróciłem do całego tego tematu, bo znów wracam na studia, chociaż tym razem „tylko” podyplomowe. I tym razem w Moim Mieście. Nie będzie więc morderczych dojazdów autobusami komunikacji poza-miejskiej startujących o 5.30 rano, jak przy poprzedniej „podyplomce” z grafiki.  Chociaż z drugiej strony… Właśnie, te podyplomowe studia trochę przypomniały mi moje codzienne studiowanie – wtedy też startowałem przed szóstą, chociaż przez kilka pierwszych lat pociągiem. Ale często  było wtedy tak, jak byłoby pewnie i teraz – zwinąć się w kłębek na siedzeniu, ze Łzami w uszach odciąć od świata i delikatnie drzemiąc, dać się wieźć do celu. Taki relaks, z budzikiem ustawionym na taką godzinę, by nie przegapić przystanku. A tymczasem…

Tymczasem jest już piątek, Szymon za kilka chwil zacznie zajęcia na basenie, ja już siedzę na trybunach-saunie i czekam. I ślizgam palcem po ekranie, pisząc posta. I czekam na sobotę, na jutrzejszy wyjazd na drugą z czterech części szkolenia. Sto kilometrów, które Fabianka połknie w godzinkę i trochę. Na luzie. I mam nadzieję, że nie będzie deszczu, że o śniegu nie wspomnę, bo nasze autko pomyka wciąż na letnich oponach…

Miasto rowerów i krasnali

Miniony weekend spędziliśmy we Wrocławiu. Wyjechaliśmy w piątek rano, wróciliśmy wczoraj. Taki tam szybki wypad. Głównym celem było zoo, a konkretniej – Afrykarium. Cóż… Zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Ale po kolei.

Dobrym pomysłem było przyjechanie do zoo w tygodniu, nawet w piątek – jeszcze lepszym zakup biletów online. Nie ma problemu z kolejkami „na wejściu”. Dla komórkomaniaków polecam obowiązkowo androidową aplikację ZOO Wrocław Mapa - bardzo ułatwia zwiedzanie, prowadzi do poszczególnych punktów oraz przypomina o takich rzeczach, jak pokazy karmienia zwierząt. Świetna sprawa.

No i samo zoo – jak to zoo. Zwierzaki, najróżniejsze, takie, jakie można spotkać w innych ogrodach zoologicznych. Jeżeli mam być szczery, porównując same ogrody zoologiczne, bardziej podoba mi się zoo w czeskiej Ostravie. Ale wrocławskie zoo ma coś, czego nie mają inne, a dla czego pojechaliśmy właśnie tam – Afrykarium.

Jest to naprawdę niesamowite miejsce, przepiękne i robiące wrażenie. Akwaria od podłogi po sufit, w których pływają ryby niemal wielkości człowieka, rekiny, płaszczki, morświny i perełka – może i krótki, ale jednak – tunel w całości poprowadzony pod wodą, gdzie można spojrzeć w górę i obserwować, jak dosłownie na wyciągnięcie ręki przepływa morski żółw, albo płaszczka, na której tak doskonale widoczne są ruszające się przy każdym… oddechu skrzela. No i w ogóle zafascynowały mnie płaszczki, których ruch wygląda tak, jakby nie pływały, tylko szybowały gdzieś w przestworzach. Jedyny minus tego miejsca jest taki, że korytarze dla zwiedzających osadzone są w półmroku – dlatego przepraszam od razu za brak własnych zdjęć i zapraszam na oficjalną galerię Afrykarium. Telefon po prostu nie dawał rady ;-).

Po Afrykarium oczywiście ruszyliśmy w miasto. Nasz pokój mieliśmy w samym centrum, dosłownie kilka minut od rynku, więc bez problemu mogliśmy od razu zacząć zwiedzanie. Jednak po czterech godzinach spacerowania w upale po zoo nie było zbyt dużo sił.

Tym niemniej jednak we Wrocławiu nieodmiennie (to nie była nasza pierwsza i na pewno nie ostatnia wizyta) zachwyca mnie to, że z jednej strony ulicy mamy wielki, wysoki, nowoczesny wieżowiec z gatunku stal+szkło, a po drugiej stronie stoi dwustu- i starszy budynek kościoła czy katedry, w całości wykonany z wypalanych cegieł, z których niemal każda ma minimalnie inny odcień ciemnej czerwieni. Pięknie. Bardzo pięknie. I znów – przepraszam za brak moich własnych zdjęć, następnym razem zdecydowanie będę pamiętał, by zaopatrzyć się z kolei nie w dodatkowe oświetlenie, które pomogłoby w Afrykarium, tylko powerbank, który pomoże, gdy bateria telefonu padnie ;-).

No i rowery. Wszędzie we Wrocławiu widać rowery! Ludzie jeżdżą na rowerach w ogromnych ilościach, niemal przy każdej latarni stoją przypięte doń rowery, wszystkie stojaki rowerowe zawsze pilnują przynajmniej jednego takiego „sprzęta”. Z drugiej strony, cóż, nie ma się co dziwić, skoro niemal przy każdej głównej ulicy jest ścieżka rowerowa, przy przejściach rowerowych są przejazdy. Ale też w zasadzie nie mam się co dziwić, skoro… wszędzie jest płasko. Tam nie trzeba „górskich” przełożeń, żeby się wdrapać pod górkę i potem zjechać w dół. Więc rozumiem, że tak wielu Wrocławian wybiera rower – zwłaszcza przy takich korkach ;-).

Krasnoludki. To kolejna rzecz, która podobała mi się we Wrocławiu. Jest ich mnóstwo, ponad dwieście, i cały czas pojawiają się nowe. To świetny symbol miasta, coś, czego nie mają inne – taki właśnie indywidualizm. To również mi się podoba, zwłaszcza, że znów – dla kogoś, kto jest smartfon-maniakiem, może spróbować zamiast Pokemonów, połapać Wrocławskie Krasnale w aplikacji Krasnalove. Przy następnej wizycie we Wrocławiu ta aplikacja na pewno znajdzie się w moim telefonie :-).