Lato – czas dla samochodu

Hmm… dzisiaj znów patrzyłem z przerażeniem na nasz samochód. Na naszą Fabiankę. Szczególnie na jej przód. Było nie jeździć wieczorem nieco ponad sto dwadzieścia „ekspresówką” ;-). Jeszcze trochę i ilość owadów pokrywających między innymi tablicę rejestracyjną umożliwi mi zignorowanie czegoś takiego jak fotoradar. A tak poważnie – brudne straszliwie. I nie tylko chodzi mi o rozpaćkane na przodzie komary. Jakoś tak nie było czasu na umycie – chociażby tak pobieżnie. A teraz już „to wszystko” tam z przodu przyschło, wyschło, zasymilowało się z autem na amen i bez agresywnej chemii się chyba nie uda. Więc zaplanowałem już pierwszy tydzień lipca jako tydzień poświęcony naszemu samochodowi. Bo czasem trzeba, a w naszym przypadku – zwłaszcza jeśli chodzi o bagażnik – to wręcz należy odgruzować. Ale po kolei.

Po kolei to będzie najpierw komfort ;). Dzisiaj wieczorem wrzucę „na fejsie” zapytanie o polecane miejsce do zadbania o klimatyzację, bo wszakże nasza chłodzi wciąż, ale po trzech latach… na pewno coś paskudnego się tam zdążyło zagnieździć. A jeśli nawet nie, to z pewnością środka ubyło i wydajność spadła. Więc klimatyzacja – no.1. Bo trzeba przynajmniej raz na jakiś czas. Żeby było chłodno, ale i zdrowo – bez bakterii, grzybów czy innych takich paskud.

Potem będzie mycie. Ale generalnie po raz pierwszy w moim życiu jako właściciela samochodu zainteresowałem się tak zwanym myciem detailingowym. Poprzednie dwa pojazdy nasze były używane, w dodatku z niezłym wiekiem, więc takie zabiegi nie miały kompletnie sensu. Renówka kilka razy była myta nawet na myjni automatycznej, tak samo Scenic, więc i lakier pozostawiał na sobie wiele do życzenia. Fabianka od nowości ani razu nie wjechała na automat i nie wjedzie – bo taki sobie postawiłem cel. I póki co udaje mi się to realizować, zwłaszcza od czasu, gdy tak bardzo popularne zrobiły się ręczne myjnie samoobsługowe na monety – w Moim Mieście już są ze cztery jak nie więcej. Więc jest gdzie umyć samochód bezdotykowo. A że ma już swoje latka – bo jakby nie patrząc, w styczniu skończy cztery – pomyślałem, że może warto byłoby odstawić go właśnie na takie głębokie i solidne mycie detailingowe, gdzie zostanie gruntownie odświeżony, wyczyszczony ze wszystkich śladów asfaltu, smoły czy innych takich śmieci, które bezlitośnie wgryzły się w lakier. Do tego przy okazji mycie tapicerki – gdy tylko temperatury na to pozwolą. A powinny według prognoz pozwolić. Bo tapicerka też już ślady ma na sobie straszliwe… Nie tylko po Szymonie zresztą, po nas również. Więc wyprana zostanie.

Po takim głębokim i solidnym samochodowym SPA przyjdzie czas na rzecz w środku. Nasze autko ma pewien zestaw samochodowego audio, chociaż nie powiem, żeby prezentował się jakoś… wybitnie. Ot, kilka głośników z przodu, fabryczne radio wpasowane w rozdzielczą deskę z CD czytającym mp-trójki oraz wejściem AUX w kuriozalnym miejscu (myślę, że po prostu przeanalizowano wszystkie możliwe wejścia i wybrano najmniej wygodne…). No ale właśnie – głośniki z przodu – tylko. Fakt faktem, że jest ich kilka (nie tylko w drzwiach), ale… tylko z przodu, mimo że w tylnych drzwiach znajdują się piękne kratki na system audio. Więc o tym się pomyśli. Na razie się rozglądam za odpowiednim sprzętem, takim chociażby jak na centrumaudio.pl. Głośniczki się znajdą. Zresztą, nie tylko bo oferta jest taka, że można sobie z(a)budować system audio w całym samochodzie ;P. No nie, u mnie to nie przejdzie, akurat nie jestem aż tak wymagający, by po otwarciu bagażnika oczom oglądających ukazywał się widok rodem z NFS U2, gdzie pod koniec kariery bagażnik w 110% co najmniej wypełniony był wyłącznie sprzętem grającym (nie licząc kolorowych światełek). Po prostu wystarczą jakieś dodatkowe głośniki do tylnych drzwi.

A gdy to wszystko już będzie zrobione, to…

drive

Zdjęcie nie jest mojego autorstwa, ale znalazłem je ostatnio zupełnym przypadkiem na którymś ze stockowych portali… I pomyślałem sobie, że świetnie oddaje mój nastrój za kierownicą samochodu… Szczególnie na pustej drodze. Szczególnie nocą. Ech…

Let’s drive :D.

Ja wciąż żyję (tak gdyby ktoś pytał…)

Tak, no właśnie. Ostatni raz byłem tutaj siódmego czerwca. Majówka duuużo czasu. Okropna dziura. Ale na swoje usprawiedliwienie… Nie miałem czasu. Potwornie nie miałem czasu. Chyba ostatnio trochę za dużo rzeczy wziąłem na siebie i sporo ważnych rzeczy wpadło mi w ten paskudny worek-pułapkę zwaną „jutro” albo „później”. A to takie wygodne miejsce, bo można tam wkładać, wrzucać, łokciem dopychać i kompletnie nic nie wystaje. Tylko potem okazuje się że worek się zrobił jakby trochę za ciężki i chylimy się coraz bardziej pod jego ciężarem co najmniej na kolana (albo i ku upadkowi).

Na szczęście mój worek odkładania na jutro już się opróżnił, z mniejszymi czy większymi konsekwencjami i mogłem… chyba w pierwszej chwili odetchnąć. „Moje” dzieciaki odebrały szkolne świadectwa, ja zaliczyłem na bdb ostatni egzamin z podyplomowych studiów (nie mogło być inaczej przecież ;-) ) no i Szymon – odebrał swoje pierwsze w życiu świadectwo :,-) i w dodatku został wywołany na środek by wraz z kilkoma kolegami odebrać wyróżnienia i nagrody. Teraz tylko jeszcze jedna konferencja związana z wszystkimi potrzebnymi sprawozdaniami i… wakacje.

Oczywiście, wakacje pocięte pracą różnego rodzaju, być może jakimś wyjazdem, ale znów – jak rok temu – chyba uda się nam Tokio wyskoczyć gdzieś na długi weekend. Ostatnio pisałem o tym, że nasz wyjazd na Mazury raczej nie dojdzie do skutku i… najpewniej właśnie tak będzie. Raczej zostanie nam tylko kilka krótszych wypadów zdecydowanie bliżej niż na drugi koniec Polski. Cóż, bywa.

A poza tym… Poza tym wreszcie przyszło lato. Ciepła pogoda. Upalna wręcz – bo Fabianka pokazała nam ostatnio trzydzieści dwa stopnie. Ale dzięki temu już trzy ostatnie wieczory mogliśmy spędzić nie pracując przed ekranami laptopów, tylko na balkonie, patrząc w gwiazdy. Ech, relaks.

Tak więc mimo sporej przerwy na blogu żyję, mam się dobrze i wreszcie mogę odetchnąć. Chociaż oczywiście jest przede mną – przed nami – sporo zmian. I jeszcze kilka ważnych spraw. Ale generalnie – już jest spokojnie. Uff…