Podobno dzisiaj piątek ale kto by tam wierzył kalendarzom…

No właśnie, kto? Ja tego jakoś kompletnie nie czuję. Niby piątek. Niby jutro weekend. A w … nos mi taki weekend. Zmiana czasu będzie. Studia będą. W dodatku z egzaminem.

Ale pocieszające jest, że została mi tylko jedna rata za studia. I za nieszczęsny czytnik książek. Więc zostaną tylko jedne studia już. Ależ będę wykształcony! Tak bardzo że ho-ho!

A poza tym to pogoda kiepska. Wczytaj było całkiem ładnie, aż z Mamą Sz. postanowiliśmy zjeść coś na mieście. Tyle, że koniec końców skończyło się tylko na spacerze. Jakoś chyba za mało opcji wyboru… Znów (ukochane moje) sushi? Nie, przy tej cenie za sushi zdecydowanie muszę mieć wyjątkowego smaka na ten posiłek. Więc odłożyliśmy jedzenie poza domem na inny dzień. Być może na jutro?

A teraz patrzę na ubiegający czas, na mój zegarek. I zdaję sobie sprawę, że w ten weekend zostaniemy bezlitośnie okradzieni z jakże cennej godziny. Nagle z szóstej rano zrobi się siódma. I będę musiał gwałtownie przyspieszyć, by zdążyć na egzamin. Dramat.

Ciekawe, czy mój zegarek się przestawi na czas? Stary, dziesięcioletni prawie Casio, gdzieś między trzecią, a czwartą rano powinien odebrać sygnał i cofnąć wskazówki o godzinę. No właśnie, zegarek… Stary, dziesięcioletni prawie Casio. Dla mnie bezcenny, bo otrzymany kilka dni przed ślubem od narzeczonej. Noszę codziennie, w pracy i zegarek ma już na sobie ślady użytkowania. Ale zauważyć te kilka mini-rys na szkle, trzeba się mocno przyjrzeć. A jednak mimo to wiem, że kiedyś trzeba go będzie wymienić. A wtedy on pójdzie na półkę za szybkę ku pamięci a nowy będzie na ręce. Tylko jaki nowy?

Oczywiście jako niepoprawny gadżeciarz w pierwszej kolejności popatrzyłem oczywiście na smartwatche. Ale cóż… Byłby to pewnie kolejny gadżet, który musiałby być codziennie wieczorem ładowany i pewnie w dodatku wyposażony w kartę SIM gwarantującą dostęp do sieci. Chociaż może wystarczył by mój telefon w charakterze routera lub Bluetooth? Nieważne, jak szybko pojawił mi się pomysł na smartwatcha, tak szybko zniknął. Wolałem rozwiązanie klasyczne.

Przez jakiś czas patrzyłem na różne zegarki wystawione w różnych witrynach handlowych galerii, ale jakoś mnie nie przekonał żaden z nich. Cóż, pewnie ceną i… wielkością. Wszystkie te zegarki są ogromne, zupełnie nie pasujące do mojej ręki – a przecież nie mam jakoś specjalnie chudej ręki. Na szczęście na stronie czaszegarkow.pl można znaleźć zegarki… Chyba dosłownie wszystkie. I nie mam tu na myśli tylko podziału damsko-męskiego, ale też cenowy czy markowy – ceny zaczynają się na wartościach dwucyfrowych, a kończą na… liczbach liczących siedem cyfr (!). Chyba nie zdawałem sobie sprawy, że istnieją zegarki w takich cenach… To znaczy, zdawać sobie sprawę to jedno, a zobaczyć w sklepie to drugie ;-). W każdym razie – cóż, kusi mnie wymiana cyferblatu na coś nowego. Ale wtedy koniecznie z odpowiednim grawerem na spodzie ;-).

A teraz już kończę i czekając, aż Szymon skończy dodatkowe zajęcia walczę z opadającymi powiekami…

Wieczornie / Nareszcie weekend

Szum suszarek wypełnia cały niewielki hol. Jest ich w sumie sześć, pracuje dwie trzecie z nich. Jestem na basenie, czekam, aż Szymek skończy zajęcia. Jest osiemnasta siedem, mam pięćdziesiąt trzy minuty. A potem powrót do domu i weekend. Dla Mamy Sz. z sobotą pracującą, dla mnie nie. Szymon zaskoczy tylko zjazd na swoim Uniwersytecie Dziecięcym i jedziemy do Mojego Pierwszego Miasta do Rodziców. Nie wiem, jak dojedziemy, jeśli pogoda się nie poprawi, bo na razie jest to wszędzie potworna mgła.

No i zapadła cisza. Zostałem (niemal sam). Chciałbym napisać, że w uszach mam słuchawki z moimi ulubionymi Łzami, ale niestety, chyba zostały w domu, więc teraz nie posłucham. Trudno, może następnym razem.

No i już jestem – trzynaście po dwudziestej pierwszej. Ach, no dobrze, czternaście, zmieniło się, gdy pisałem to zdanie ;). Jesteśmy w domu, na spokojnie, z mgłą za oknem. Mgłą straszną, do tego stopnia, że wracając do domu na ostatniej prostej w zasadzie jechałem „na krawężnik”, żeby nie zmienić niezauważenie pasa ruchu… Jakiś dramat.

A teraz jesteśmy już po pierwszej zmianie podkładu naszej Pandy (wiecie, to ten chomik Szymona) przy której to Szymek bardzo pomagał i generalnie starał się robić wszystko, co tylko mógł, od pomagania mi wysypywania starego żwirku, po umycie spodu klatki, przez nasypanie nowego. Trochę denerwował się, że chomik nie chciał wejść na rękę, ale, jak to powiedziała jednak hiszpańskojęzyczna videoblogerka-zoolożka, którą oglądaliśmy przed zakupem: „paciencia, paciencia, paciencia, No he sustituido paciencia*?”. Więc staramy się przekazać mu tą cierpliwość, chociaż z drugiej strony rozumiem go doskonale, że już chciałby pogłaskać, wziąć na ręce, poczuć, że zwierzątko ufa i się nie boi. Ale wiem, że do tego trzeba czasu.

A na razie obowiązki – czyli właśnie dwa razy na dzień uzupełnianie suchej karmy oraz wymiana wody, pilnowanie czystości, mówienie do Pandy spokojnym głosem, aby przywykł – i wiem, że się uda.

Teraz już kończę, lecę na moją google’ową chmurkę, do opowiadania o pewnej Podróżniczce, która wciąż nie tracąc nadziei… A zresztą, zapraszam Was jutro rano do moich Krótkich Opowiadań, tam będzie można poczytać, co „wciąż” ;-).

*wybaczcie ewentualne błędy, hiszpański „zapodał” mi tutaj google translator ;-).