Nic tak nie wkurza jak…

…migający kursor*. Ostatnio właśnie do takiego, odkrywczego wniosku doszedłem. Teraz, gdy piszę te słowa, tylko utwierdzam się w tym przekonaniu. Cienka, pionowa kreseczka, niczym serce, bije w równym rytmie, czekając na potok liter, który zależy od nas. Każdy przestój drażni, kiedy kursor zatrzymuje się w miejscu i zaczyna swój rytm, swoje mruganie, niczym ostrzegawczy „kogut” na dachu śmieciarki, który swoją intensywnością o piątej nad ranem prześwietla najlepsze żaluzje i rolety, wypełniając sypialnię pulsującą pomarańczą, przebijającą się nawet przez zamknięte powieki…

Hmm, w sumie nawet tak mogłoby to wyglądać, chociaż na szczęście dla nas okna naszego I-go piętra są nieco dalej od śmietnika. A śmieciarki zatrzymują się na tyle daleko, że ostra pomarańcz świateł nam nie grozi. Poza tym nie przyjeżdżają o piątej, tylko mniej więcej dwie godziny później. Akurat, gdy musimy wyjeżdżać do pracy. I jeżeli się nam nie śpieszy, grzecznie czekamy w naszej Fabiance. Jeśli śpieszy – na wstecznym pod prąd i z parkingu na główną ;-).

Ale coś z tym kursorem jest. W sensie, że gdy tak mruga, to drażni i wkurza. Nawet Carrie Bradshaw miała z nim niemałe przeboje w swoim serialu. Zresztą, o ile dobrze pamiętam, to chyba nie napisała żadnego felietonu, a mimo to wydała książkę… Albo i dwie. No dobra, czepiam się, pisała felietony, chociaż my - serialowi oglądacze – widzieliśmy zazwyczaj jedynie tytuł jej felietonu oraz właśnie ten migający kursor… A potem już kamera pokazywała zupełnie inne ujęcie bohaterki. Ale o ile pamiętam, ekranu pełnego tekstu chyba nie było widać nigdy…

A wracając do tytułu… Ostatnio ów drażniący symbol wkurza mnie co jakiś czas tym bardziej, ilekroć sięgam po telefon smartfon i otwieram któryś z moich starych tekstów zupełnie z innego gatunku. Ci z Was, którzy czytają mojego bloga od dłuższego czasu, wiedzą, że kiedyś pisałem i publikowałem w innymi miejscu Sieci swoje zupełnie inne teksty. Opowiadania. Czasem do nich wracam, by coś poprawić, czasem myślę o kolejnym odcinku jakiejś serii, chociaż tak naprawdę tylko dla siebie, bez zamiaru wrzucania czegokolwiek gdziekolwiek. Ale potem zawsze na drodze staje mi ten okrutny i bezlitosny twór, jakim jest migający kursor. Jakoś dziwnie w jego okolicy dochodzi do niewyjaśnionego zagięcia czasoprzestrzeni, przez którą słowa, które czekały tylko na pojawienie się po lewej stronie Mocy kursora, zostają uwięzione po prawej, niewidoczne. Podręcznikowy przykład twórczej niemocy. Tym bardziej, gdy wracam myślami szczególnie do jednej serii moich opowiadań, liczącej sześć i pół sztuk. No właśnie owo „pół”, które było, ale potem uległo całkowitej anihilacji (świadomie przeze mnie zresztą dokonanej), wraca teraz do mnie czasami czkawką, która zmusza mnie do otwarcia nowego pliku w chmurze, by po kilku chwilach gapienia się tego kilkupikselowego potwora dać mi jasno do zrozumienia, żebym dał sobie spokój. I daję. A za kilka dni sytuacja się powtarza, że może jednak pamiętam, „jak to szło” i napiszę z pamięci, ale po kilku chwilach orientuję się, że to jednak nie jest do odtworzenia. I tak w kółko.

A tak w ogóle to ten wpis dzisiejszy powstał tak naprawdę z zupełnie innego powodu. Dzisiaj sobota, ale sobota tak potwornie „nicmisięniechcąca”… Od samego poranka sypie śnieg, mimo wcześniejszych zakupów i szybkiego odśnieżania Fabianka już zdążyła się pokryć zimną, białą watą, którą zresztą mieliśmy jutro na nowo zrzucić, wyjeżdżając do moich rodziców, ale… nie pojedziemy raczej nigdzie, bo Szymon, po tygodniu niemal siedzenia w domu z powodu przesilenia nóżki wczoraj zaczął delikatnie gorączkować. I wygląda na to, że po pojutrzejszej kontroli Mama Sz. znów będzie z nim w domu… A ja właśnie teraz przesuwam co chwilę kursor w prawo, zostawiając za nim ślad kolejnych liter, zamiast włączyć GIMP-a i trochę pobawić się grafiką. Strasznie mi się nie chce. Cóż, to przez tą sobotę. Ale już kończę, publikuję i zmuszam się do pracy…

*Przypomniałem sobie: kiedyś było coś takiego straszniejszego od migającego kursora. Nazywało się to Pan Spinacz i w założeniu miało pomagać… Kto pamięta tego (po)twora?

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

No to wróciliśmy. Po trzech dniach spędzonych poza domem. I wiecie co? Jakby nie było „w gościach” miło i sympatycznie, ile by nie było bardzo dobrego jedzenia, świadomość, że po powrocie „jutro jest niedziela i masz wolne” jest po prostu boska. Koniec. Teraz jest już prawie wpół do ósmej wieczorem i gdyby nie to, że jutro jest niedziela, że nikt i nic nie wyciągnie nas z domu, to chyba oboje cierpielibyśmy na potężny atak nihilizmu. A tak – jutro odpoczynek, pierwsze śniadanie baaardzo późno i regeneracja przed poniedziałkiem.

Stop! Nie ten temat. Trochę. Wracam więc, tak, jak wróciliśmy do domu. Cały wyjazd był bardzo udany. Do celu, czyli Wrocławia, dotarliśmy w Sylwestra, późnym popołudniem i zameldowaliśmy się u naszych Znajomych*. U nich też spędziliśmy Noc Sylwestrową, oglądając w TVP transmisję z wrocławskiego rynku – z trójką małych dzieci nie chcieliśmy się pakować w tłum przy głównej scenie. Z trójki dzieciaków do północy i fajerwerków dotrwał tylko Szymon. Z rozmarzeniem patrzył w okno i w końcu popatrzył na nas i powiedział: „To moje drugie fajerwerki, jakie oglądam”. Urocze, nie ;-) ? Zwłaszcza, że dziesięć minut po północy już odpłynął na kolanach Mamy Sz. A my ze Znajomymi dotrwaliśmy chyba też do pierwszej… Czy tam może drugiej.

A teraz muszę ponarzekać. Przez całe niemal święta pogoda była na plusie, niemal jesienna, czy nawet wiosenna i akurat na nasz wyjazd do stolicy Dolnego Śląska musiało się popsuć. Najpierw był przenikliwy mróz, a potem… Potem było tak, że w Sylwestra, gdy jechaliśmy od naszych Znajomych do Kuzyna i jego Rodzinki*, zabierając po drodze mojego Brata*, to każdy zakręt w centrum miasta można było „robić bokiem” ;-). Innymi słowy, już na poważnie, warunki były ciężkie – jeszcze w Noc Sylwestrową zaczął sypać śnieg i przestał dopiero wieczorem pierwszego stycznia. Dzięki temu Fabianka wróciła z pamiątką – przywieźliźmy po kilka(naście) kilo zamarzniętego na kamień wrocławskiego śniegu na dachu i drugie tyle drogowej soli na całym samochodzie. Dramat. Chyba mimo mrozu auto pójdzie do mycia, bo mi je sól w całości zeżre ;-).

A właśnie – Fabianka.. W czasie tych trzech dni 31-2 grudnia-stycznia 2015-2016 nasz pojazd pokonał nieco ponad 575 kilometrów, z czego znaczącą większość po autostradzie z iście autostradową prędkością. A pomyśleć można, że to tylko zwykłe „jeden-cztery” w małym, miejskim „mini-kombi’ ;-).

*Osoby wymienione w poście mogą niniejszym poczuć się oficjalnie pozdrowione ;-).

A wiecie co jeszcze? Jakoś po powrocie do domu mam normalnie jakieś takie zakwasy w mięśniach ramion. Chyba od trzymania kierownicy przy tej prędkości autostradowej, no bo od czego innego ;-) ?