Patrzyłem na śmigające w powietrzu jaskółki…


Siedziałem dzisiaj na balkonie u Teściów. Na czwartym piętrze. Patrzyłem na śmigające w powietrzu jaskółki. Słuchałem ich świergotu. Patrzyłem, jak ciasno przecinały powietrze w ostrych zakrętach. I chłonąłem.


Wciągałem chłodne powietrze miasta, wypełnione szumem samochodów i ostrym, wiercącym wyciem motocyklowych silników. Nade mną był tylko błękit nieba, ale delikatny, chłodny wiatr dawał oddech, a słońce zachodzące tuż za blokiem nie paliło już tak, jak w południe, gdy wręcz nie dało się oddychać.


Czas o tej porze roku jest piękny. Taki słoneczny. Jeszcze nie dawno narzekaliśmy wszyscy na to, że w maju padał śnieg. Teraz już są upały. Jest gorąco. Upiornie. Ale mimo to chyba wolę w taki sposób. Wolę upał, niż deszcz.


Nawet jeżeli mam biegać z dwudziestką dzieciaków po stolicy Dolnego Śląska gdy jest ponad dwadzieścia – ba, nawet gdzieś ponad dwadzieścia pięć chyba – stopni. Lepiej tak.


Zwłaszcza że nasza Fabianka też daje radę. Najpierw obowiązkowe przewietrzenie przez opuszczone obie szyby w przednich drzwiach, a potem klimatyzacja. Mimo, że stoi cały dzień pod tą wielką, żółtą gwiazdą, nagrzewającą wszystko i wszystkich. Daje radę.


Zresztą ma to swoje plusy; dzisiaj rano na przykład mieliśmy w Fabiance podgrzewane fotele. No, w sumie nie fotele, tylko same oparcia. Oparło się na nich słońce, w zasadzie od samego wschodu. I nagrzewało nam fotele (znaczy oparcia). Było przyjemnie ciepło. Wyobrażam sobie, że zimą takie ogrzewanie faktycznie musi być bardzo komfortowym rozwiązaniem.


Hmm… Dzisiaj jest piątek. Kolejny tydzień za mną. I coraz bliżej wakacji. Wakacji które – znów – będą inne niż zaplanowaliśmy. Praca, dodatkowa, która mi się pojawiła, poszatkowała wolne dni. Nie wiem, czy uda się wypad na Mazury. Zobaczymy.


A na razie patrzę znów na Moje Miasto, z wysokości czwartego piętra. To nic, że gdzieś tam daleko widzę komin, nieco bliżej cztery dziesięciopiętrowce, a bliżej osiedle domków i kolejnych bloków. Wciąż dominuje zieleń. A w pogodny dzień – taki jak właśnie dzisiaj – przez rolnetki Teścia widać, jak nad Jaworowym latają paralotniarze. Piękny dzień. Oby takich było jak najwięcej…

Wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty!

Piszę ten wpis od trzech dni. Hmm, nieprecyzyjne określenie. Myślę o napisaniu tego wpisu, czy też w ogóle jakiegoś wpisu od trzech dni. Ale „jakoś tak” się nie dało. Jak zwykle zresztą ostatnio.

No bo tak: z piątku na sobotę wróciliśmy z B.-B. około 22-iej do domu. Byłem zmęczony i śpiący, tym razem już nawet wtedy, gdy Fabianka, delikatnie szumiąc silnikiem połykała kolejne kilometry „ekspresówki” widocznej w strumieniach przednich świateł wzbogacając moją krew o jakże cenne endorfiny. Ale mimo takiego bajecznie ukochanego przeze mnie powrotu – późną nocą, gdy droga jest niemal pusta i można sunąć w ciemnościach rozjaśnianych wyłącznie reflektorami – jakoś tak nie miałem potem sił na pisanie. Zresztą, nie był to weekend, więc i droga tak naprawdę nie była taka całkiem późna – kilka(naście) TIR-ów się trafiło. A ja w sobotę pracowałem, w pocie czoła ;) odpracowując pierwszy majowy poniedziałek.

Wczoraj wieczorem też myślałem o wpisie, ale gdy wynurzyłem się niczym okręt podwodny po kilkutygodniowym pobycie poniżej linii wody z odmętów HTML-owych znaczników, pomyślałem sobie, że odpuszczę pisanie, nawet późnym wieczorem na wirtualnej klawiaturze smartfona.

Zatem stanęło na dzisiejszym dniu. I wreszcie się udało, chociaż i tak nie do końca zgodnie z planem: obiecaliśmy sobie z Mamą Sz., że odsypiamy maksymalnie ostatnie pozarywane nocki i wczesne poranki. Więc spaliśmy. I spaliśmy… Zatem odpadło mi przedpołudniowe napisanie tutaj kilka słów.

I wreszcie teraz, wieczorem, mam kilka chwil na to, by coś napisać. Pewnie zrobiłbym to wcześniej, mobilnie, ale mój telefon, gdy byłem z Szymonem na placu zabaw, wskazując bezlitosne 14% baterii groził natychmiastowym shutdownem. Więc też nie swype-owałem na telefonie. teraz, gdy Mama Sz. właśnie skończyła czytać książeczkę na dobranoc Szymonowi i zabiera się do kołysanki, mam kilka chwil. Tylko kilka, ale powinno wystarczyć.

Wiosna przyszła. Od wczoraj, a w zasadzie od piątku, jest tak pięknie. Bo chociaż wczoraj rano, gdy ze słuchawkami w uszach czekałem na autobus, przy każdym wydechu wypuszczałem cudnie zimowy obłok pary, po południu zrobiło się ciepło. Dzisiaj, gdy spacerowaliśmy po… chciałem napisać „rynku”, ale dzisiaj po rynku Mojego Miasta jakiekolwiek spacerki były wykluczone z uwagi na foodtrack-ową imprezę… Więc spacerowaliśmy po uliczkach i Wzgórzu, oświetleni cudnym, ciepłym słońcem, z dwudziestoma kilkoma stopniami, o czym poinformowała nas Fabianka… Wiosna, wiosna pełną gębą. I nawet już nasze słynne Magnolie budzą się do życia. Czy nie wyglądają pięknie?