No dobra, to ile pączków dzisiaj zjedliście?

Hmm, Tłusty Czwartek. Pączki na śniadanie pierwsze, na drugie też, potem obiad, a na deser pączki. No i kolacja. Pączki?

No to ile dzisiaj zjedliście tych pączków? Ja jednego – w pracy. I taki miałem zamysł sprytny, co by ten Tłusty Czwartek tak tylko symbolicznie przejść…

Ale oczywiście się nie udało. Po pierwsze przez najnowsze odkrycie naukowców, po drugie przez domowe pączki mojej Teściowej.

Cóż, domowe pączki nie mają sobie równych. I do tego jeszcze chrust. Wszystko przepyszne i tłuste. I jak bardzo zdrowe… ;-).

Ale jak to mówi moja szwagierka – od jednego dnia głodówki się nie chudnie to i od jednego dnia objadania się nie przytyje. A poza tym będę się trzymał tego najnowszego odkrycia naukowców. I w zasadzie zacząłem od razu – piszę ten wpis na smartfonie leżąc na kanapie przed telewizorem. Już od godziny, więc zostało mi jeszcze kilkanaście? A może nawet kilkadziesiąt. Wszak jutro też będą pączki. Bo jeden dzień to za krótko!

Jemy zdrowo, a dzieci chodzą głodne…

Błogosławione nam wszystkim, Rodzicom, Ministerstwo Edukacji, które postanowiło pomóc nam w walce z otyłością w Polsce i wziąć się za wszystko to, co nasze pociechy jedzą sobie smacznie w szkołach! Teraz wszyscy zajadają się kromkami razowego chleba wypchanymi po brzegi pełną witamin sałatą, marchewką i ogórkiem, nie myśląc nawet o salami.

No dobra, a teraz na poważnie. Pracuję w szkole, w szkole podstawowej nawet, więc trochę jakby towarzystwo dzieciaków mi nieobce na co dzień. Dzieciaków i tego, co kupowały sobie na „drugie śniadanie” jeszcze w zeszłym roku szkolnym. Chipsy, żelki, napoje pokroju coca-coli w butelkach po 2,5 litra, czy też opłatkowe dolary wielkości kartki zeszytu nadrukowane (mam nadzieję) spożywczymi barwnikami. Szczerze mówiąc, zgroza, zwłaszcza cena tych wszystkich – co tu dużo ukrywać – śmieci. Taka cena, że każdego stać. I dobrze, że to się ukróciło. Teraz w sklepikach szkolnych są wyłącznie sałatki, owocowe soki w małych butelkach, robione na miejscu kanapki z serem, chudą szynką i sałatą wspomnianą na początku. No i fajnie.

Jakoś nie widziałem jak na razie, chociaż to dopiero połowa września ledwie, dzieciaka, który sobie by w sklepiku kupił sałatkę. Dzieciaka, który dokarmiał się cały poprzedni rok słodyczami. Ale może to się zmieni, z rzadka zdarza mi się widywać tu i ówdzie zakupioną bułkę. Jest zdrowo. Zdrowiej. Oczywiście pomijając fakt, że rodzice średnio się mają do tego „przykazu” zdrowej żywności i to, co dzieci same sobie z domu przyniosą, albo na mieście do szkoły kupią, nie podlega kontroli.

Ale Ministerstwo zrealizowało swój plan – „przejechało się” po szkolnych sklepikach. A gdy zobaczyło, że to było dobre, poszło po całości. Albo po bandzie. I weszło z butami do szkolnych stołówek.

Dla wielu dzieciaków obiad w szkole to jedyny ciepły posiłek w ciągu całego dnia (żeby nie napisać, w ogóle jakikolwiek posiłek…). Często jest tak, że stołówkowe obiady są sponsorowane dla tych, którzy zjeść powinni chociaż jeden porządny dziennie. I do niedawna jedli. Ba, sam korzystam ze szkolnej stołówki. Ale jak napisałem, Ministerstwo weszło. I uznało, że jedzenie stołówkowe jest złe. Dlaczego?

Bo teraz kompotu nie wolno już słodzić. Nie wolno w ogóle używać cukru. Ziemniaki? Wyłącznie bez soli. „Schabowy”? Chyba tylko pod postacią gotowanego mięsa, bo smażyć nie wolno, bo niezdrowe, bo na oleju. W ogóle mięso? Jakie mięso? Chude, gotowane. I ryby. No i oczywiście nic „na słodko”. Żadnych pierogów ze śliwkami, żadnych klusek na parze. I bez przypraw, o tak, nie wolno przyprawiać.

I widzę, do czego to doprowadziło. Widzę, bo mam dyżury na stołówce. Widzę, jak dzieciaki dostają porcję rosołu bez soli i pieprzu, po czym cichcem idą i wylewają do wiaderka. Bo nie smakuje. Z ziemniakami tak samo. Bo bez soli. I potem, już „po obiedzie” dzieci chodzą głodne.

Tylko Ministerstwo się cieszy. Bo dzieci nie jedzą niezdrowych rzeczy. W ogóle nie jedzą. Fajnie, nie będą grube. Tylko głodne. Zawsze to chyba mniejsze zło, nie?