Ciemno, coraz ciemniej za dnia…

… a nie, to jednak już wieczór. W dodatku późny. Uświadomił mi o tym dziwny, przeciągły pisk dobiegający od strony dysku USB podpiętego do dekodera cyfrowej telewizji, który to dekoder pracował sobie od jakiegoś czasu na „jałowym biegu” z wyłączonym telewizorem i dopiero po wyłączeniu uświadomił mi odpowiednią konfiguracją kresek na wyświetlaczu że jeszcze kwadrans do dwudziestu trzech do zera-zera.

Ech, no dobra, wybaczcie, poniosło mnie odrobinę, ale to faktycznie przez… cały dzisiejszy dzień, przez wieczór, przez gonienie po mieście po ciemku niemal między kałużami i resztkami szaroburego śniegu (taaaak, wraz z kilkoma „na plusie” wróciła chlapa…), powtarzanie sobie przyswojonej wiedzy na najbliższy egzamin (mam nadzieję, że wiedza ta nie pozostanie w mojej głowie chociaż do jutra…) i wreszcie bólem głowy utrzymującym się od wczoraj. No i do tego jeszcze (tak, tak, to nie koniec marudzenia, o nie, ja się dopiero rozkręcam!) to masakryczne niewyspanie, bo przecież zawsze obiecuję sobie że do łóżka wcześniej, na pewno przed wspomnianą już dwudziestą trzecią, a jak przychodzi co do czego, to i tak telefon w całkowitych ciemnościach bezlitośnie wypala oczy pokazując cztery zera. Albo i trzy zera z jedynką z przodu. Ech, coś  tym jest, że człowiek to się dopiero po śmierci wyśpi, nie?

No dobra, rozkręciłem się marudząco, to teraz będzie trochę inaczej. Ci z Was, którzy regularnie zerkają na Onet.pl i przewijają go dostatecznie długo w dół, docierają do działu, który kiedyś nosił dumną nazwę „Blogi”, a aktualnie zmienił nieco się i nazywa się „Blogi i recenzje”. Zainteresowałem się, poklikałem, posprawdzałem, dołączyłem i… od dwóch dni widnieją tam dwie moje recenzje :-). Jest to więc kolejny mały sukcesik w moim małym e-istnieniu pisarsko-blogowo-eee…opiniotwórczym? Hmm, chyba mogę sobie pozwolić już na takie sformuowanie, nie? I tym radosnym akcentem kończę, ruszając w podróż po blogach zaprzyjaźnionych ;).

Dylematy Taty (nie tylko) dla Taty

Wpadła mi ostatnio całkiem fajna książka w ręce. Książka wydawnictwa Wiedza Powszechna pod tytułem „Dylematy Taty” autorstwa Piotra Krupy. W pierwszej kolejności zdecydowanie wpadła mi w oczy okładka – myślę, że gdybym zdjął okulary i rzucił w siebie paczką foto-filtrów, wyglądałbym całkiem jak z okładki. Ale przecież nie okładka książkę czyni…

Książka nie jest poradnikiem – przynajmniej ja tak ją odebrałem. Książka jest raczej… pamiętnikiem? Myślę że tak. Jest to zbiór felietonów, w których możemy prześledzić historię rozwijającego się tacierzyństwa, od pierwszych chwil ciąży książkowej bohaterki Dżoanny, aż do rozwiązania i przyjścia na świat Jaśka wraz z ciężkim startem rodziców -amatorów do bycia rodzicami właśnie.

Felietony Piotra Krupy są… różne. Oczywiście, nie mam na myśli tutaj poziomu, czy jakości – bo ten jest w zasadzie stały i wysoki. Na tyle, że książkę czyta się szybko i przyjemnie – chociaż w moim przypadku musiałem poświęcić trochę więcej czasu na tą książkę z braku wystarczającego czasu (przez takie wakacje pewnie potrzebowałbym ze dwa, maksymalnie trzy dni ;) ). Felietony są różne, bo maja różny… hmm, zakres ;-). Raz są zabawne, gdzie naprawdę szczerze hihrałem się do książki, raz współczułem, bo przecież sam jestem ojcem, przechodziłem przez cały ten czas ostatnich siedmiu lat życia mojego Szymona. I wiele razy mówiłem sobie: „kurde! Przecież to ja! To ja, Szymon i Mama Sz.!”.

No właśnie – już we wstępie można przeczytać, że książka nie jest do końca poradnikiem, ale raczej po prostu książką o rodzicielstwie, opiece nad dzieckiem, dla młodych rodziców, dla tatusiów. I tak sobie – w trakcie całej lektury książki wielokrotnie – czułem, że kurcze, ta książka jest o mnie! Zmiana całego życia, gdy pojawia się dziecko, zmiana priorytetów, zmiana codzienności, zmiana, zmiana, zmiana… Zmienia się wszystko. I te wszystkie zmiany są w tej książce świetnie przedstawione – od samego początku i pierwszych doświadczeń po bycie pełnym radochy ojcem dwulatka.

Dla kogo jest ta książka? Dla rodziców oczywiście. Początkujących, tych, którzy dopiero co wyruszają w tą niekończącą się podróż. I tych, których pociechy mają już dobre kilka lat i trudne początki są dawno za nimi. Ja dodam jeszcze, że książkę tę powinni kupić przyszli rodzice swoim bezdzietnym znajomym w prezencie – dla zrozumienia, dlaczego za jakiś czas młodzi rodzice towarzysko znikną na jakiś, przeważnie dłuższy, czas.

Jako rodzic z siedmioletnim doświadczeniem z czystym sumieniem mogę polecić tą książkę. Nie tylko rodzicom, przyszłym i obecnym, ale również – a może przede wszystkim – ich znajomym, przyjaciołom. Przyda się spojrzenie z drugiej strony ;-).

PS. Panie Piotrze, zapraszam do Mojego Miasta na spotkanie z moim Szymonem. Wtedy uwierzy Pan, że można mieć dziecko-niejadka ;).