Dzisiaj poniedziałek… gdzie tam jeszcze do weekendu.

No właśnie, poniedziałek dopiero. W dodatku intensywny był. Mimo, że w teorii ledwie trzygodzinny. A jednak, jak zwykle, sporo działo się pomiędzy. Przed, w trakcie, potem też. Biegamy, drukujemy, kserujemy, spinamy (się). Wszystko przez pracę w końcówce terminów. Wszystko przez koniec maja. I koniec czerwca. Znaczy się koniec roku. A potem… wakacje? Hmm, wakacje, albo praca. Cóż, może i tak być. Do tego stopnia, że popuściłem wczoraj nawet wodze fantazji i z ciekawości poszukałem sobie, jakby to wyglądała sprawa zagazowania naszej Fabianki, jakby trzeba było dojeżdżać codziennie ponad 30km w jedną stronę. Ale że to tylko na dwa miesiące w najbardziej ekstremalnej i najbardziej nierzeczywstej wersji – potraktowałem to tylko jako mało realny risercz. Ot tak, z ciekawości. Cóż, ciekawość ta wyniosłaby mnie ładnych kilka tysięcy PLN-ów, więc w razie czego postawię raczej ambicjonalnie na uprawianie mistrzostwa w ecodrivingu (że co? Że ja nie zejdę poniżej sześciu litrów na sto? JA? No to potrzymaj mi kawę z benzynowej stacji i pacz ;P ). Dobrze, dość żarcików.

Przez tą moją wizję pracy, która się gdzieś tam majaczy w oddali, znów stanęły pod znakiem zapytania nasze Mazury. A przecież kiedyś tam planowaliśmy. Znaczy nawet nie kiedyś, tylko rok temu mieliśmy pojechać. Nie wyszło, był za to o wiele krótszy Wrocław. Ech, się mi zebrało na wspomnienia… Aż dobrych kilka chwil zajęło mi poszukanie w czeluściach twardego dysku odpowiedniego zdjęcia…

mazury2008

Tak, tak, to ja właśnie jestem, z naszym pierwszym pojazdem, którego mi wciąż brakuje ;) czyli Renatką. Poczciwe Renault Clio 1 ph3 1.2 16V edycja ’97. Autko, które w chwili przejścia na naszą własność miało dziesięć latek i przebieg 24880 – tak, tak, dwadzieścia cztery tysiące osiemset osiemdziesiąt kilometrów (mam na to zdjęcia i nie zawaham się użyć ;P ). Ech, dawne czasy. Cóż, było fajnie.

Teraz trzeba patrzeć przed siebie. A przede mną jeszcze tydzień. Potem jeszcze tamten. I potem już z górki można się rozpędzać (jak nasza Renatka z Góry Świętej Anny, co do wtedy nam dumnie dobiła do maksymalnej prędkości deklarowanej przez producenta – i miała wtedy ochotę na więcej ;) ) do wakacji. A potem od nowa. W nieznane. Więc póki co ja też idę w (nie)znane, po herbatę i książkę, którą ostatnio czytam – a mianowicie „Miedzianego Jeźdźca” Paulliny Simmons. Ale szczerze mówiąc, to nie wiem, czy przebrnę do końca przez niektóre… fragmenty. Zobaczymy.

Panie Owen, pan się chyba w grobie przewraca / Gdzie podziały się trzy ósemki?

Jest początek XIX wieku. Trwa w najlepsze rewolucja przemysłowa. Wszędzie powstają fabryki, w których przy wielkich maszynach pracują robotnicy. Pracują, produkując, tworząc, budując wszystko, co było na tamte czasy potrzebne ówczesnemu społeczeństwu. Pełen rozkwit normalnie. Tyle tylko, że właściciele fabryk chcą maksymalnie zwiększyć obroty, zyski i wydajność swoich zakładów. Wydaje się to zresztą całkiem logiczne. Niestety, zwykle robiono to kosztem robotników, których dzień pracy liczący kilkanaście godzin był normą – tak naprawdę nie zdawałem sobie do końca sprawy, że tak właśnie było.

Na szczęście wspomniany w tytule pan Owen, czyli faktycznie Robert Owen zauważył, że taka kilkunastogodzinna praca nie jest do końca dobrym rozwiązaniem. Od samego „dołu” pracując dzielnie od dziecięcego wieku pan Owen dorobił się zarówno pozycji, jak i finansów. Zresztą, nie chcę tutaj robić wykładu z historii, bo każdy z Was bez trudu wyśledzi historię Roberta Owena w Internecie. Chciałbym tylko wspomnieć o głównym efekcie jego walki o dobrobyt – jeśli tak mogę się wyrazić.

W zasadzie chyba – moim zdaniem całkowicie subiektywnym – najważniejsza data to rok 1833, w którym to pod jego przewodnictwem powstał pierwszy związek zawodowy - National Trade Union, który walczył między innymi o jedną z trzech wymienionych również w tytule ósemek – o osiem godzin pracy, co również było pomysłem Owena.

Oczywiście, jako motoryzacyjny fan nie mogę nie wspomnieć również o Henrym Fordzie. Związki związkami, strajki i postulaty również, jednak dopiero w 1914 roku właśnie Henry Ford wprowadził w swoich zakładach Forda w Stanach Zjednoczonych zasadę ośmiu godzin pracy. W dodatku w swojej firmie Ford dodatkowo podniósł pensje swoich pracowników. Szaleństwo, prawda? A jednak „w tym szaleństwie jest (była) metoda” – po dwóch latach zyski Forda podwoiły się i za jego przykładem osiem godzin pracy weszło na stałe do fabryk i zakładów. A pozostałe dwie ósemki?

Cóż, znów musimy wrócić do Roberta Owena, który proponował trójpodział doby dla klasy robotniczej: osiem godzin pracy, osiem godzin rekreacji, osiem godzin odpoczynku. I tak naprawdę taki podział dopiero miał sens, bo przecież cóż z tego, że robotnik wypracuje „normę” czternastu czy piętnastu godzin, skoro wróci do domu i przysłowiowo „padnie na twarz”, a jego zarobione pieniądze, zamiast krążyć po rynku, zostaną w kieszeni. Dzięki trzem ósemkom mamy czas na to, by odpocząć i wydać pieniądze, które zarobimy.

Cóż właśnie – przynajmniej w teorii. Cały ten wpis powstał tak naprawdę dobrych kilka dni temu w mojej głowie, gdy w górnym, prawym rogu ekranu mojego komputera (taaak, od czasów Windowsa 95 pasek „Start” mam przy górnej krawędzi ekranu ;-) ) była godzina 23:35, a ja siedziałem właśnie przed laptopem i co chwilę zza klawiatury zerkałem na Mamę Sz., która siedziała dokładnie po drugiej stronie również wpatrzona w ekran swojego komputera. I tak sobie właśnie pomyślałem, że teraz to nam gdzieś te ósemki uciekają – a pan Owen… no nie, może jednak się w grobie nie przewraca, ale pewnie żal mu jest, że system, który wywalczył pada na twarz (zmęczony po pracy ponad trójpodział…). Praca tylko osiem godzin? OK., z ręką na sercu i zegarkiem na nadgarstku czasami tej „czystej” pracy mam mniej niż osiem godzin, przyznaję. Ale potem zostaje jeszcze mnóstwo biurokracji, przygotowania, poszukiwania materiałów, przemyślania, planowania… Do tego rekreacja… Hmm… chyba można podciągnąć pod to obejrzany w telewizji albo na komputerze film raz, dwa razy w tygodniu. Albo moje popołudniowe / wieczorne bieganie z Szymonem raz to uciekającym mi raz to goniącym mnie na hulajnodze. Książka? Cóż, odkąd mój czytnik miał wypadek i musiałem przerzucić się na tablet, jakoś nie mam do tego głowy (i pewnie oczu też ;-) ). No i te ostatnie osiem godzin przeznaczone na odpoczynek, czyli na spanie. Oj, nie pamiętam, kiedy położyliśmy się spać przed 23:00. A nasze komórki zaczynają dzwonić przed szóstą rano – również w weekendy. Czyli codziennie mamy kilka godzin w plecy. Normalnie te trzy ósemki to utopia chyba jakaś…

No dobrze… Dzisiaj jest niedziela, za to chyba jakaś taka szczęśliwsza (mam nadzieję) w tym temacie, bo jest ledwie wpół do dziesiątej PM a my w zasadzie nie mamy już za wiele do zrobienia na jutro. Chociaż ostatnio coraz częściej łapię się na takiej myśli, że jak wydaje mi się, że już wszystko zrobiłem, to jestem przekonany, że o czymś zapomniałem ;-). A jak jest u Was z tymi ósemkami?