Koniec tego niepisania!

No pięknie, znów dziura jak studnia głębinowa na Saharze (na przykład). Jakoś nie miałem okazji ani czasu tutaj zajrzeć ostatnio (ostatnio, dobre sobie… przez pół miesiąca prawie…) by napisać posta. Ale również wynika to z tego, że mam w dłoni (no dobra, teraz w dłoni, a dokładnie pod nimi, to mam klawiaturę ;) ) książkę, którą sobie czytam i tak sobie pomyślałem, że napiszę recenzję. Tylko że głupio by było pisać recenzję książki przed jej zakończeniem, nie? Więc tak zgodnie z założeniem czekałem, aż skończę czytać, tylko… jeszcze nie skończyłem. I postanowiłem przerwać milczenie (haha, jak to brzmi…).

Jestem dopiero w połowie książki, więc pewnie jeszcze kilka dni mi niestety „zejdzie”. Tym bardziej w sumie się dziwię, że tak długo „męczę” lekturę, ale to pewnie kwestia braku czasu. Ostatnio właśnie czasu nie ma coraz bardziej. Dni uciekają, z powodu szarości dnia rano i wieczorem, powtarzalności tygodnia oraz dodatkowych zajęć Szymka i godzin pracy Mamy Sz. wreszcie. Czyli po prostu dzień za dniem. Ale spokojnie, przecież już listopad, zaraz będą święta, o czym dobitnie przypominają nam markety, które już dawno wystawiły całe szeregi mikołajowo-bałwankowej armii z czekolady na półki. A potem nowy rok, styczeń, trzeci rok Fabianki i wszystko od nowa ;).

Wczoraj był nasz pierwszy raz…

No właśnie… Wczoraj wieczorem po raz pierwszy tego lata posiedzieliśmy sobie z Mamą Sz. na balkonie późnym wieczorem. Późnym, bo nasz balkon jest skierowany na zachód. Więc przesiadywanie na nim jest możliwe jedynie późnym popołudniem – gdy temperatura schodzi do poziomu akceptowalnego ;-). Hmm, tak, jak właśnie wczoraj.

Siedzieliśmy sobie na ogrodowych krzesłach i po prostu odpoczywaliśmy. Cudowne chwile oddechu na luzie. I chyba każdy potrzebuje od czasu do czasu takiego oddechu, nie ;-) ? Dzisiaj za to mamy wyjątek.

Ja klikam w klawiaturę, pisząc ten wpis, uszami słuchając filmu, Mama Sz. jest obok i śledząc dokładnie fabułę co-nieco mi wyjaśnia, jak się pogubię. Cudnie, że wreszcie nadszedł ten czas wakacji i można odpocząć, chociaż zdaję sobie sprawę, że przez najbliższy czas (kilka, kilkanaście dni) będę się jeszcze pojawiał w pracy, co by ostatecznie dopełnić przeróżnistych formalności ;-). Ale… luz. I o to ch(ł)odzi, jak to mówią w jednej z reklam.

A poza tym… Upał! I to taki upał na maksa. Zapomniałem dzisiaj zrobić zdjęcie w Fabiance, która w pewnym momencie pokazała mi… 39,5 stopnia! Jakiś obłęd. Gdy tylko uruchamiam silnik (może nie licząc porannego, pierwszego startu po nocy…) od razu uruchamia się wentylator. I tak sobie silnik pracuje w warunkach podwyższonego ryzyka, męcząc się gorącym powietrzem. I my też się męczymy. Nawet w naszym ulubionym parku w Moim Mieście dzisiaj było… no, może nie upalnie, bez przesady, ale… duszno, ciepło. Mimo zielonego dachu nad głową i delikatnych powiewów wiatru.

Ach, muszę też koniecznie wspomnieć o mini-burzy z mega-wiatrem. Dzisiaj późnym popołudniem, gdy siedzieliśmy z Mamą Sz. i Szymonem na Moim Mieście, nagle pojawiła się burza. Nadeszła szybko, niemal z zaskoczenia. Czemu „mini” i „mega”? Burza rzuciła zaledwie kilkoma piorunami, gdzieś tam daleko, rzuciła ogromną ilością deszczu (zalewając między innymi fiskalną kasę w ogródku kawiarni, w którym siedzieliśmy ;-) ) i zaatakowała porywami wiatru wywracając reklamowe stojaki, szarpiąc dużymi parasolami, przewracając doniczki stojące na stolikach. Wszystko trwało kilka(naście…?) minut, a potem zrobiła się kompletna cisza. I cała woda zaczęła wyparowywać błyskawicznie. Naprawdę. Kilkanaście minut później, gdy podjechaliśmy na zakupy do jednego z supermarketów, wybrukowany parking był niemal suchy. Za to nad wszystkimi drogami unosiły się pasemka pary wodnej, gdy rozgrzany asfalt natychmiast oddawał całe ciepło. Ech, co za dzień. I podobno ma tak być dalej, tylko cieplej.

Ale przecież nie ma co narzekać, to jest lato! I tak właśnie lato ma wyglądać, prawda? Słońce, ciepło, upał – cóż, tak właśnie ma to chyba wyglądać, nie?

I jeszcze jedno, malutkie zdanie, a właściwie obserwacja: wracałem dzisiaj z Szymonem z naszego ulubionego, wspomnianego parku w okolicach 16:30. Miałem wrażenie, że Moje Miasto jest wymarłe – puste ulice, puste okna, nigdzie żadnych ludzi. Ciekawe dlaczego, nie ;-) ?

No masz, na kilka sekund przed kliknięciem przycisku „Opublikuj” przypomniałem sobie o jeszcze jednej rzeczy, o której chciałem napisać tu dzisiaj. Szymon „oficjalnie” pożegnał się z przedszkolem. „Oficjalnie”, to znaczy zabawowo i imprezowo – panie wychowawczynie wymyśliły nocowanie w przedszkolu. Pomysł świetny, Szymon w zasadzie od tygodnia nie mówił i niczym innym i wczoraj został odstawiony do przedszkola na 18-tą, by zrobić grilla z łososiem, poszukać skarbów w ogródku i na strychu przedszkola i wreszcie zanocować na przyniesionych do przedszkola materacach. Pomysł jak najbardziej udany ;-). I godny polecenia.