Zepsuł mi się zegarek…

Zepsuł, bo pokazuje jakieś bzdury. Głupoty kompletne. No bo jak nie uznać za głupoty takie rzeczy jak to, że Szymek kładzie się w okolicach dwudziestej wieczorem, czasem dwudziestej pierwszej (jak dzisiaj…), ja na chwilę siadam przed komputerem, mając w planach całą listę zadań, po czym nagle okazuje się, że jest – tak, jak na przykład teraz – dwadzieścia trzy do zero czterech i czas mi uciekł. I tak codziennie jest.

Mamy z Mamą Sz. potwornie mało czasu. Przez to, że oboje mamy teraz po trzy prace (a może więcej…? Już nie ogarniam…) to jesteśmy okropnie zalatani. Mieszkanie nam leży niemal odłogiem (właśnie! Mieliśmy jeszcze popatrzeć dzisiaj na strony Agaty…). Dobrze, że ze strony Teścia mojego pomoc mamy ogromną, chociażby w postaci pomalowania ścian dużego pokoju – bo ja bym po prostu nie dał rady. Zwłaszcza, że teraz tak naprawdę mam w tygodniu jeden dzień wolny od pracy – niedzielę. Normalnie jak za czasów PRL hahaha.

Wspominałem w ostatnim wpisie (było to tak dawno, że aż musiałem popatrzeć, co ja tam tak naprawdę ponawypisywałem, żeby nie robić dubli…) że właśnie jeżdżę trzy razy w tygodniu do Mojego Pierwszego Miasta. Cóż, we wrześniu zrobiłem Fabianką prawie osiemset kilometrów. Wieeeem, nie sądzę, by był to jakiś nie wiadomo jaki wynik, są tacy, którzy jeżdżą z pewnością o wiele, wiele więcej. Ale jednak porównując to do moich dotychczasowych przebiegów, wzrost jest. I to znaczny. Do tego stopnia, że złapałem się nawet na myśli o tym, że samochód z automatem wcale nie byłby taki zły… A przecież ci, którzy mnie znają, wiedzą, że byłem do niedawna zdecydowanym przeciwnikiem… Cóż, tylko kura poglądów nie zmienia, czy jakoś tak. Zresztą podobnie jak z LPG. Tyle, że póki co Fabianka z obniżaniem spalania i tak problemów nie ma (jak się postaram, co mi ostatnio słabo wychodzi, hehehe…).

Codziennie obiecuję sobie, że zajrzę w końcu na Wasze blogi, na te, które obserwuję i które mi się spodobały i jakoś tak… nie mam kiedy. Serio. Naprawdę. Pracuję aktualnie tylko nad jednym opowiadaniem, które się pojawia na jednym z pisarskich portali w sieci, tutaj, dzisiaj, teraz, zajrzałem z poczucia obowiązku. Mam nadzieję, że gdy wreszcie siądziemy z Mamą Sz. na kanapie w naszym salonie, z lampkami Alazani White, patrząc na nowe, białe meble, to odetchniemy i powiemy sobie: „nareszcie”. Problem polega tylko na tym, że nie do końca wiemy, kiedy to nastąpi. Ale oby już wkrótce.

Dzisiaj poniedziałek… gdzie tam jeszcze do weekendu.

No właśnie, poniedziałek dopiero. W dodatku intensywny był. Mimo, że w teorii ledwie trzygodzinny. A jednak, jak zwykle, sporo działo się pomiędzy. Przed, w trakcie, potem też. Biegamy, drukujemy, kserujemy, spinamy (się). Wszystko przez pracę w końcówce terminów. Wszystko przez koniec maja. I koniec czerwca. Znaczy się koniec roku. A potem… wakacje? Hmm, wakacje, albo praca. Cóż, może i tak być. Do tego stopnia, że popuściłem wczoraj nawet wodze fantazji i z ciekawości poszukałem sobie, jakby to wyglądała sprawa zagazowania naszej Fabianki, jakby trzeba było dojeżdżać codziennie ponad 30km w jedną stronę. Ale że to tylko na dwa miesiące w najbardziej ekstremalnej i najbardziej nierzeczywstej wersji – potraktowałem to tylko jako mało realny risercz. Ot tak, z ciekawości. Cóż, ciekawość ta wyniosłaby mnie ładnych kilka tysięcy PLN-ów, więc w razie czego postawię raczej ambicjonalnie na uprawianie mistrzostwa w ecodrivingu (że co? Że ja nie zejdę poniżej sześciu litrów na sto? JA? No to potrzymaj mi kawę z benzynowej stacji i pacz ;P ). Dobrze, dość żarcików.

Przez tą moją wizję pracy, która się gdzieś tam majaczy w oddali, znów stanęły pod znakiem zapytania nasze Mazury. A przecież kiedyś tam planowaliśmy. Znaczy nawet nie kiedyś, tylko rok temu mieliśmy pojechać. Nie wyszło, był za to o wiele krótszy Wrocław. Ech, się mi zebrało na wspomnienia… Aż dobrych kilka chwil zajęło mi poszukanie w czeluściach twardego dysku odpowiedniego zdjęcia…

mazury2008

Tak, tak, to ja właśnie jestem, z naszym pierwszym pojazdem, którego mi wciąż brakuje ;) czyli Renatką. Poczciwe Renault Clio 1 ph3 1.2 16V edycja ’97. Autko, które w chwili przejścia na naszą własność miało dziesięć latek i przebieg 24880 – tak, tak, dwadzieścia cztery tysiące osiemset osiemdziesiąt kilometrów (mam na to zdjęcia i nie zawaham się użyć ;P ). Ech, dawne czasy. Cóż, było fajnie.

Teraz trzeba patrzeć przed siebie. A przede mną jeszcze tydzień. Potem jeszcze tamten. I potem już z górki można się rozpędzać (jak nasza Renatka z Góry Świętej Anny, co do wtedy nam dumnie dobiła do maksymalnej prędkości deklarowanej przez producenta – i miała wtedy ochotę na więcej ;) ) do wakacji. A potem od nowa. W nieznane. Więc póki co ja też idę w (nie)znane, po herbatę i książkę, którą ostatnio czytam – a mianowicie „Miedzianego Jeźdźca” Paulliny Simmons. Ale szczerze mówiąc, to nie wiem, czy przebrnę do końca przez niektóre… fragmenty. Zobaczymy.