Wielkie „Uff!” na koniec dnia

Hmm, no dokładnie, wielkie uff! Jest czterdzieści dwa po dwudziestej, Szymon leży w łóżku, słuchając audiobooka z Brzydkim Kaczątkiem (ulubiona audiobajka Szymka od kilku tygodni chyba już ;-) ), Mama Sz. siedzi na przeciwko a ja klikam sobie pisząc te właśnie słowa. Czwartek dzisiaj, ale tak jakby pierwszy dzień po weekendzie. Jutro piątek i… szaleństwo jakieś dla mnie ;). Nie dość, że jutro nie mam zjazdu na drugich studiach, to jeszcze weekend też wolny od zjazdu na studiach pierwszych. Normalnie sielanka ;). I nawet jakoś przełknę ten fakt, że Szymek w sobotę ma imprezę z zespołu tanecznego, taką pod chmurką, z pokazem śpiewów, tańców i ogólnie atrakcji najróżniejszych. Więc trzymam kciuki za pogodę.

Trzymam również kciuki za pogodę w niedzielę. Raz, że chcę wykorzystać fakt wolnej niedzieli i pojechać do Rodziców gdy tylko odwiozę Mamę Sz. do pracy, dwa, że jak będzie wspomniana ładna pogoda, to pojadę trochę turystycznie trasą mocno naokoło, a trzy, że jak wspomniana pogoda ładna będzie naprawdę ładna, chcę się przebiec po W., taką jedną, leśną ścieżką którą pamiętam sprzed laty chyba kilkunastu. Chyba już coś o tym tutaj wspominałem, więc nie zamierzam się powtarzać. Tak czy inaczej – oby pogoda była!

A Szymek… Szymek dzisiaj miał w szkole wypadek. Solidnie przywalił głową w zawieszoną na ścianie półkę, do tego stopnia, że zdarł skórę, poleciało na szczęście tylko osocze, bo skóra raczej przydarta niż przecięta, ale za to „śliwa” wyrosła. Potężna. Cóż, nie pierwsza i coś mi się wydaje, że mimo wszystko również nie ostatnia. Trzeba przetrwać. Chłopaki bez guzów mają nudne życie, nie ;) ?

I’m running in the rain…

run_rain

Pomiędzy jednym, a drugim kliknięciem klawisza laptopowej klawiatury wsłuchuję się w to, co za oknem. Cóż, to już naprawdę przestaje być zabawne. Naprawdę. Pada. Wciąż pada. Od ilu dni?  - pytam Mamę Sz., bo straciłem już rachubę. Sugeruje trzy z niepewną miną. Chyba tak. A może więcej? To nie ma zresztą aż tak wielkiego znaczenia. Znaczenie ma to, że pada niemal bez przerwy. Dzień, noc, poranek, wieczór, przed południem i po. Pada, pada, pada.

Codziennie rano i popołudniu widzimy ten sam obrazek: w połowie zakrętu schodzącego z niewielkiej górki jest studzienka kanalizacyjna, taka okrągła. Od kilku dni wybija z niej woda, przez otwory do jej wyciągania. Nie wysoko, na kilka, może kilkanaście centymetrów. Ale za to bez przerwy. A potem woda spływa w dół, szerokim na cały pas jezdni potokiem. Ironicznie pomyślałem sobie, że zatrzymam Fabiankę nad nią, umyje mi podwozie. Ale już zupełnie nieironicznie patrzę na graniczą rzekę. Dzisiaj widzieliśmy, wracając z małych zakupów, że jeszcze tylko… metr? Może półtora. I wyleje się. Chyba, że przestanie padać. Ale na to się nie zanosi.

A moje ciało domaga się biegania. Zabawne, że poszedłem pobiegać zaledwie… cztery, może pięć razy, a już zacząłem do tego tęsknić. O ile w ogóle bieganiem można nazwać 2-3 kilometrowe spacerki złożone z szybkiego marszu i powolnego truchtu na zmianę co 500m. Ale to dopiero początek. Za rok przez wakacje chcę biegać już na dystansie przynajmniej trzykrotnie większym. I faktycznie biegać, bez przechodzenia w spacer. Ale zobaczymy, jak się poukłada. Póki co, jestem naprawdę mocno do tego zdeterminowany. Do tego stopnia, że zacząłem szukać sobie po kolei najróżniejszych rzeczy do biegania. Najpewniej więc za kilka dni będę czekał już na przesyłkę ze sklepu supportart.pl, bo wbrew pierwszemu wrażeniu – ofercie typowo ochronnej odzieży i oferty dla firm – znalazłem tam kilka rzeczy wartych włożenia do wirtualnego „koszyka”. Zobaczymy

I tak naprawdę to chyba jeszcze trochę i pójdę pobiegać nawet w deszczu… Bo czekam. Zwłaszcza, że miałem takie piękne plany związane z długim weekendem. Ale cóż, plany są od tego, by je… weryfikować, prawda? Więc klikam na niebieski przycisk po prawej stronie i idę spać. Może jutro będzie lepiej?