OMG, to już październik!

No właśnie, październik! Przyszedł nieproszony i zabrał wrześniową złotą jesień gdzieś indziej, daleko, zostawiając nam chłód i wilgoć. W zasadzie od niedzieli pada deszcz, raz mocniej, raz słabiej. Ale bez przerwy. Trochę to męczące. A już dzisiejszy dzień na pewno. Ale cóż, taka kolej losu, taki kalendarz i tak dalej ;).

Hmm, no właśnie, dzisiejszy dzień był zdecydowanie męczący. Ale również i mocno pozytywny. Szymon został „oficjalnie” przyjęty w poczet uczniów, na uroczystym ślubowaniu, gdzie poczuł na ramieniu ciężar wielkiego ołówka i cięższych jeszcze słów o przyjęciu do grona uczniów. Oczywiście żartuję, wszystko było z uśmiechem i pozytywami. Potem jeszcze obowiązkowy Róg Obfitości i wyjście do teatru. Zdecydowanie było pozytywnie.

No i cóż, muszę się pochwalić ;). Po całkowitej porażce nauki pływania w przedszkolu jakiś czas temu (w zasadzie od początku września…) zapisaliśmy go do innej, prywatnej szkółki pływania, z wyjściami dwa razy w tygodniu. Cóż, po pierwszych zajęciach szczerze porozmawiałem sobie z trenerem, sugerując mu, że to chyba jednak nie wyjdzie, że może by tak poczekać jeszcze rok, może dłużej. Na szczęście trafiliśmy na dobrego trenera, który stwierdził, że „z nie takimi sobie poradzili w ciągu roku”. I wiecie co? Miał rację ;). Fakt faktem, że zajęcia trochę nas kosztują, ale grupa liczy do kilkunastu uczniów na dwóch instruktorów. I są już pierwsze sukcesy :D. Co prawda Szymon nadal za nic w świecie nie zanurzy głowy pod wodę (raz dał się namówić będąc w ramionach instruktora…) i skacze tylko trzymając instruktora za ręce, ale ostatnio zaczął już pływać mając pod sobą piankowy „makaron” a potem trzymając się deski, co było nie do pomyślenia wcześniej. No ale cóż, myślę, że tutaj w grę wchodzi naprawdę świetne podejście instruktorów. Spokojnie, na luzie, bez niczego na siłę, za to z upartym i cierpliwym powtarzaniem. I działa. I mam nadzieję, że będzie działało coraz lepiej. Małymi kroczkami do przodu.

A ponieważ dzisiaj minął już wtorek, to i dla mnie tydzień praktycznie się skończył. Teraz już tylko czekam na środę, czwartek, piątek i… sobotę, w którą wsiadam w Fabiankę i ruszam znów w trasę ponad 100km w jedną stronę, do D.G. Krótki przyjemny przejazd, o ile tylko będzie padało. Tym bardziej, że w poprzednią sobotę aż żałowałem, że jestem kierowcą – gdy po „ekspresówce” biegnącej pomiędzy polami i łąkami, owianymi głębokimi pasmami mgły i słońcem, przebijającym się nisko przez białe chmury daleko na wschodzie. Widok był po prostu cudowny i chyba po raz pierwszy naprawdę żałowałem, że nie mogę bez skrępowania patrzeć sobie za okno. Ale na razie po prostu pada i koniec. Więc tylko sobie poczekam z nadzieją, że pogoda jednak się poprawi.

Bogowie, niebo wali się nam na głowy czyli letnia burza

31 lipca 2016, 23:21

Powyżej jest data, bo nie wydaje mi się czy zdążę na pewno napisać do końca ten wpis. Albo więcej: wydaje mi się, że na pewno nie zdążę ;-). W każdym razie… Za oknem Anioły walczą z Diabłami – w wersji wczesnoszkolnej. Albo Amerykanie aktualizują zdjęcia satelitarne do Google Maps – w wersji późnoszkolnej. A w wersji… hmm, realnej, burza po prostu. Trzecia już chyba dzisiaj.

Hmm… Lubię burzę. I szum deszczu. Jeszcze za czasów nastolactwa, czyli pół życia temu ;-) miałem w zwyczaju często uchylać okna pokoju nocą, gdy była burza. Lubiłem słuchać jej gniewnych pomruków, błysków i tego deszczowego tła. A z racji bycia niepoprawnym alergikiem uwielbiałem również burzę w czasie dnia, gdy łączyła się z intensywnym deszczem – bo powietrze po niej zawsze było takie nieprawdopodobnie czyste, jak gdzieś hen, daleko, w górach.

2 sierpnia 2016, 7:42

Hmm, ale przerwa ;-). Jakoś „tak” wyszło, że nie miałem kiedy dopisać reszty. Tym bardziej, że wczoraj Mama Sz. miała wolny dzień, więc po spotkaniu z jej bratem pojechaliśmy do Mojego Poprzedniego Miasta, na małe zakupy. I w ogóle spędziliśmy cały dzień poza domem. A dzisiaj… Dzisiaj, za kilka minut odwiozę ją do pracy, potem wrócę do domu i z Szymkiem pojedziemy w Miasto, na jakiś plac zabaw. Pogoda piękna, szkoda siedzieć w domu.