Bujaj się!

- Musimy wymyślić coś nowego na nasz balkon – powiedziała Mama Sz.
- Nowe krzesła? – zapytałem, myśląc z uśmiechem o naszych ostatnich wieczornych posiedzeniach pod gwiazdami.
- Nie, raczej hamak.

Hamak… Hmm. Pamiętam że kiedyś w dzieciństwie był hamak. Taki pleciony z białego sznura, z drewnianymi elementami. Się bujało czytając książki. To był dobry czas :-).

A teraz jak sobie tak siedzimy ostatnio niemal wieczór w wieczór na balkonie to myślę, że to dobry pomysł z tym hamakiem. Tym bardziej, że teraz hamaki to już nie są takie tam zwykłe „pleciaki” z białego sznurka tylko o wiele bardziej wymyślne. W dodatku nie trzeba nawet dwóch drzew do przywiązania hamaka (bo skąd ja wezmę dwa drzewa na balkonie…?). Na szczęście hamaków jest w sklepach od groma. I chyba sobie zakupimy jakiegoś hamaka. Tak, żeby sobie posiedzieć i pobujać z książką. Albo z telefonem, który przez słuchawkowy kabel będzie poprawiał ulubioną muzyką nastrój. No bo właściwie to dlaczego nie można by mieć na balkonie hamaku, prawda?

Ja wciąż żyję (tak gdyby ktoś pytał…)

Tak, no właśnie. Ostatni raz byłem tutaj siódmego czerwca. Majówka duuużo czasu. Okropna dziura. Ale na swoje usprawiedliwienie… Nie miałem czasu. Potwornie nie miałem czasu. Chyba ostatnio trochę za dużo rzeczy wziąłem na siebie i sporo ważnych rzeczy wpadło mi w ten paskudny worek-pułapkę zwaną „jutro” albo „później”. A to takie wygodne miejsce, bo można tam wkładać, wrzucać, łokciem dopychać i kompletnie nic nie wystaje. Tylko potem okazuje się że worek się zrobił jakby trochę za ciężki i chylimy się coraz bardziej pod jego ciężarem co najmniej na kolana (albo i ku upadkowi).

Na szczęście mój worek odkładania na jutro już się opróżnił, z mniejszymi czy większymi konsekwencjami i mogłem… chyba w pierwszej chwili odetchnąć. „Moje” dzieciaki odebrały szkolne świadectwa, ja zaliczyłem na bdb ostatni egzamin z podyplomowych studiów (nie mogło być inaczej przecież ;-) ) no i Szymon – odebrał swoje pierwsze w życiu świadectwo :,-) i w dodatku został wywołany na środek by wraz z kilkoma kolegami odebrać wyróżnienia i nagrody. Teraz tylko jeszcze jedna konferencja związana z wszystkimi potrzebnymi sprawozdaniami i… wakacje.

Oczywiście, wakacje pocięte pracą różnego rodzaju, być może jakimś wyjazdem, ale znów – jak rok temu – chyba uda się nam Tokio wyskoczyć gdzieś na długi weekend. Ostatnio pisałem o tym, że nasz wyjazd na Mazury raczej nie dojdzie do skutku i… najpewniej właśnie tak będzie. Raczej zostanie nam tylko kilka krótszych wypadów zdecydowanie bliżej niż na drugi koniec Polski. Cóż, bywa.

A poza tym… Poza tym wreszcie przyszło lato. Ciepła pogoda. Upalna wręcz – bo Fabianka pokazała nam ostatnio trzydzieści dwa stopnie. Ale dzięki temu już trzy ostatnie wieczory mogliśmy spędzić nie pracując przed ekranami laptopów, tylko na balkonie, patrząc w gwiazdy. Ech, relaks.

Tak więc mimo sporej przerwy na blogu żyję, mam się dobrze i wreszcie mogę odetchnąć. Chociaż oczywiście jest przede mną – przed nami – sporo zmian. I jeszcze kilka ważnych spraw. Ale generalnie – już jest spokojnie. Uff…