Zmora natchnienia, czyli dlaczego najlepszy pomysł przychodzi zawsze w najgorszym momencie?

28 stycznia 2016, 23:38

No właśnie. Piszę sobie opowiadanie. To znaczy, nie teraz, bo teraz piszę tą notkę I na pewno nie skończę dzisiaj, tym bardziej, że zostało mi jakieś dwadzieścia minut. Może gdybym pisał na komputerze, ale jednak smartfon, nawet z całkiem niezłą klawiaturą od Google’a z pisaniem gestami spowalnia. W każdym razie, piszę opowiadanie. Na dobrą sprawę, to nie wiem, czy skończę ją w ogóle.

Właściwie to nawet nie piszę. Pracuję nad jego częścią. Jest niedokończone, niczym nigdy nie kończąca się historia. Czasami dopiszę słowo, dwa, później może zdanie, drugie, czasami kilka akapitów, a czasami od danego początku przeczytam, poprawiając wszystko po kolei. W kilku miejscach mam wstawione „xxx”, gdy nie wymyśliłem jeszcze nazwiska jakiejś kluczowej postaci, albo nie odnalazłem w Internecie ważnego szczegółu. Ale generalnie piszę. Na tyle uparcie, że mam już czterdzieści stron „znormalizowanego maszynopisu”. Mniej więcej. Ale jakoś nie mam czasu/chęci/kompletu pomysłów, by wreszcie wziąć się za ten tekst i mając go do końca. Nie wiem, czy kiedykolwiek powstanie do końca. Nie wiem, czy jak już powstanie, to czy jesteś będzie można go zobaczyć. Chyba nie. Kolejne opowiadanie stworzone dla siebie. Jak u artysty-rzeźbiarza, który swoje własne rzeźby chowa w ogrodzie dwukrotnie domu, by nikt inny ich mógł ich ujrzeć. I nie, w najmniejszym stopniu nie uważam się za artystę. To było tylko porównanie.

Wiem chyba, dlaczego moje opowiadanie tak mi leży i tylko co jakiś czas przybiera na wadze i te kilka KB znaków. Dotychczas wszyscy pierwszoplanowi bohaterowie moich opowiadań byli tymi „dobrymi”. Nieważne, czym się zajmowali w ogóle ważne, że w opowieści stawali po tej jasnej stronie (Mocy, ha ha ;-) ). Teraz… Też miało być tak samo. Ale pomyślałem sobie, że może by tak zrobić to inaczej? Że wreszcie powinienem zająć się historią widzianą z tej drugiej strony… Jak na razie jeszcze ta koncepcja jest otwarta. A ja właśnie zasunąłem tutaj wszystkim niezły kawałek spoilera. Ale spoko, uwzględniając ewentualny, przewidywany czas ukończenia tegoż dzieła, a potem dodając do tego szansę na to, że gdziekolwiek to pokażę, to… Mogę być spokojny. Aż tak wielkiego natłoku myśli w związku z tym tekstem nie mam. Opowiadanie będzie jeszcze długo wisiało w mojej „chmurze”. Tak jak bezmała dwudziestka innych, zaczętych i niedokończonych tekstów. Albo lekko zmienionych i wykorzystanych gdzie indziej, w czymś większym. Na razie od czasu do czasu po prostu otwieram to jedno i dopisuję po kilka – liter, słów, zdań, akapitów. On jest policjantem, ona – wydaje się być tylko felietonistką, przynajmniej oficjalnie. A do całości dodana jest (wcale nie tak znów mała…) szczypta magii.

Oj, już po północy. Trzeba iść spać. Jest już piątek. Ten tydzień jakoś wyjątkowo szybko mi przeleciał. I obawiam się, że weekend ucieknie jeszcze szybciej…

Za trzy siódma. Poranek. Czekam, aż Szymon zje śniadanie i wypije kubek kakao. Dzisiaj piątek, co dobitnie podkreśliła radiowa „Trójka” i ulubiony utwór Wojciecha Manna na początek dnia. Naprawdę poprawia mi to dzień – wiem, że piątek i jutro weekend. Mimo że impreza, będzie można odpocząć.

O matko, to dopiero wtorek!

Rany, ale mnie ten tydzień zmęczył. Tym bardziej, że dzisiaj dopiero… wtorek! A ja już mam dość, już nie mogę się doczekać, kiedy położę się w łóżko, wyłączę się i zasnę, by następnego dnia spać do oporu i zjeść śniadanie nie wcześniej, niż po dziewiątej. A tu dopiero wtorek! I do tego jaki…

Ponieważ dzisiaj Mama Sz. potrzebowała samochodu i nie mogliśmy pojechać razem (o tym za chwilę), podreptałem na autobus. Wcześnie rano, po czterech (chyba) godzinach spania. Na 7:10 na przystanek. So brutal ;). Wiem, inni mają gorzej ;P. Za to wróciłem do domu po ponad dwunastu godzinach. Serio! Normalny plan zajęć plus ponad trzygodzinna konferencja. Szymon szybko do łóżka, potem serial (o tym jeszcze bardziej za chwilę ;) ) i teraz piszę słowa, walcząc z opadającymi powiekami ;).

No ale właśnie, Szymon i to, że Mama Sz. potrzebowała samochodu. Otóż właśnie Szymon od zeszłego… Hmm, wtorku, jeżeli dobrze pamiętam… Jest w domu. zaczęło się od bolącej nóżki. Narzekał, że boli, kulał… Baliśmy się, że powróciło zapalenie stawu biodrowego, na szczęście RTG nic nie wykazało. Ale Mama Sz. wraz z Małym została w domu. Wczoraj miał iść na kontrolę, która potwierdziła w zasadzie, że już jest OK z nóżką, chociaż jeszcze minimalnie boli, bo… w połowie zeszłego tygodnia wyskoczyła gorączka. Od 37.0 po 38.5 i więcej. Oczywiście – walka wielka o to, by Szymon cokolwiek do siebie antygorączkowego przyjął. Po wieeeelkich negocjacjach oraz błaganiach raz czy dwa truskawkowy Nurofen został przyjęty. Ale generalnie – Szymon nie lubi żadnych leków, bo „nie smakuje” i koniec. Prośbą, groźbą, nie da rady.

No i tak Szymon siedzi sobie w domu drugi tydzień, stara się nie za bardzo chodzić (więc skacze, mimo naszych usilnych próśb), oszczędzać się (więc zdarza mu się naprawdę czasami przeginać w zabawie, a „podobno chory jest”) i do tego nic nie jeść (sorki, zapomniałem, że jak jest zdrowy, też nic nie je… Apetizer kupię, czy co…?). W dodatku dzisiaj był na pobieraniu krwi (wspomniany powód ku temu, by to Mama Sz. wzięła Fabiankę). Dobrze, że wszyscy w ośrodku wiedzieli, co się dzieje, bo inaczej ktoś mógłby zadzwonić po policję… Szymon reaguje naprawdę dramatycznie na wszelkie takie działania. Za to, co ciekawe, zdjęcie RTG nóżki mu się podobało…

A ja jestem wypluty. Dzisiaj. Jutro będzie jeszcze gorzej, chociaż dzisiaj bardziej fizycznie, jutro psychicznie (nerwowo ;) ). A Mama Sz. od zeszłego tygodnia też skopana, ale na oba sposoby. Weekendu!

Chociaż podobno długie spanie raz czy dwa w tygodniu (czytaj: poranki sobotnio-niedzielne zaczynające się kilka minut przed dziesiątą) są szkodliwe. I mogą wywołać efekty podobne do jetlagów. Hmm… Nie zauważyłem ;D. Jedynym skutkiem ubocznym dla mnie jest jakoś tak „dziwnie” skrócona sobota. Wstajesz, śniadanie, chwilkę na ogarnięcie się i już się robi południe ;). A wiecie, co w takim podejściu do weekendu jest najlepsze? Piątek!

Bo ja już czekam właśnie na piątek, kiedy to nasz mały Kaszlak (taaak, Szymon kaszel ma paskudny i… tak, dobrze zgadujecie, nie ma co marzyć o jakimkolwiek syropie…) zaśnie, a my siądziemy przed naszą elektroniczną maszyną do pisania (nie mylić z komputerem przenośnym typu laptop, który winien się być charakteryzować o wiele lepszymi parametrami i… aj, nieważne, przepraszam, jest 23:43, rozpisałem się ;-) ) i odpalimy kolejne odcinki serialu, jaki ostatnio wpadł nam przed oczy. I będziemy oglądać póki sił starczy, wiedząc, że „jutro sobota”. Po „naszymu” to będzie „Sposób na morderstwo”, czyli „How to Get Away with Murder”. Polecam gorąco. A teraz idę już spać ;).