Transmiter FM – czy to dobre rozwiązanie?

Gdy kupowaliśmy naszą Fabiankę, niespecjalnie mieliśmy duży wybór, co do konfiguracji wyposażenia – ot, samochód już stał w salonie tak naprawdę od kilku miesięcy, żeby ludzie mogli go sobie oglądać i decydować, czy chcą kupić takie, czy nie. Było więc w nim to, co zdecydował się tam umieścić producent i w zasadzie niewiele mogliśmy zrobić. To „niewiele” tyczyło się klamek oraz lusterek w kolorze nadwozia oraz czujników parkowania. I tyle. A na przykład samochodowe radio było już zamontowane i jego zmienić nie mogliśmy.

Oczywiście, radio było (jest, w zasadzie…) jak najbardziej w porządku. Jest zabudowane w deskę rozdzielczą, więc nie stanowi jakiegoś cennego łupu dla chętnych złodziei, stanowi integralny element całego panelu. Ale ma też ograniczone możliwości, na przykład nie ma wejścia USB ani czytnika kart, a możliwości „podłączeniowe” kończą się na standardowym gnieździe słuchawkowym 3,5mm umiejscowionym obok… ręcznego. Na szczęście odtwarzacz CD radzi sobie nie tylko z płytami audio, ale również z płytami z plikami mp3.

Jest jeszcze jedno rozwiązanie, które zawsze przy kolejnych samochodach chodziło mi po głowie i które prędzej, czy później było realizowane. Chodzi mi o tytułowy transmiter FM. Zarówno w Clio, jak i w Scenicu te urządzenia się sprawdziły i pewnie w Fabiance też. Co to w ogóle jest transmiter? To urządzenie, które jest nadajnikiem FM. W nim wybieramy odpowiednią częstotliwość, najlepiej taką, na której nie nadają żadne „prawdziwe” stacje radiowe, w samochodowym odbiorniku ustawiamy tą samą częstotliwość i po podpięciu pod transmiter np. nośnika USB z plikami mp3 możemy słuchać naszej playlisty.

A ja w dodatku znalazłem naprawdę interesujący model: Transmiter FM F21. Samo urządzenie ma całkiem sporo interesujących opcji, bo poza „standardowym minimum”, jakie powinno się w nim znaleźć, to znaczy odczytywaniem plików MP3 oraz WMA z nośnika USB ma jeszcze np. wyszukiwanie konkretnego pliku wg. jego numeru, oraz szereg ustawień związanych z jakością dźwięku, czy też radzi sobie z odczytywaniem plików „rozsianych” po różnych katalogach. Transmiter ten można znaleźć na stronie
http://importmania.pl/
 i mimo, że kosztuje dość sporo, to jednak wydaje mi się, że warto kupić raz droższy sprzęt i mieć na dłużej, niż co chwilę szukać „chińskich” sprzętów, psujących się częściej niż absolutne minimum, prawda?

Czasami ot tak (…wraca…) trochę wspomnień tamtych dni…

Ten wpis miał powstać wczoraj. A w zasadzie nawet miał powstać kilka dni temu. Miałem napisać wczoraj o tym, że mój Szymon nie jest już dzieckiem, takim małym dzieckiem, tylko chłopakiem. Siedmioletnim chłopakiem, którego jest wszędzie pełno, a który na placu zabaw, na którym chciałem pisać posta, biegał jak nakręcona sprężynka z jednego końca, na drugi. I który jest prawie z dnia na dzień coraz bardziej wygadany i mądrzejszy (a czasem bardzo niegrzeczny…). No ale nie napisałem. Smartfon najpierw próbował mi udowodnić, że nie znam hasła do aplikacji blogowej, a potem z czterdziestu kilku procent baterii zostało jednym skokiem (raczej spadkiem…) dwadzieścia kilka, piętnaście i potem było już tylko sekundowe odliczanie do dwóch procent i trybu super-energooszczędnego, wykluczającego jakiekolwiek działania na telefonie, poza SMS-em do Mamy Sz. że się rozładowało i że odezwę się później.

Kilka dni temu też nie powstał, bo mimo tego, że miałem go dokładnie napisany już w głowie, nie zdążyłem utrwalić myśli. I się ulotniły. Może rzeczywiście zacznę dyktować wpisy? Na przykład w samochodzie, stojąc w korku? Łatwiej zdecydowanie jest poprawić literówki popełnione przez Google dekodującego mowę niż zastanawiać się znacznie później nad tym, o czym to ja chciałem

Ale o tym wszystkim to chciałem napisać wczoraj i jeszcze wcześniej. Dzisiaj mam w głowie zupełnie innego; mam muzykę. Mimo że jest 22:45, Mama Sz. przestała klikać na klawiaturze komputera, a z drugiego pokoju dochodzi nas tylko spokojny oddech Szymona, po poniedziałkowej muzycznej sesji i dzisiejszej samochodowej wycieczce w głowie mam Anię Wyszkoni, śpiewającą o tym, że zostaniemy przyjaciółmi, albo że wyobraża sobie czasem, jakby to było skoczyć głową w dół. Kurcze, mam wszystkie albumy w mp3, również z ich (bo przecież na pewno wiecie, jaki zespół mam na myśli, prawda?) nowymi albumami po zmianie wokalistki i jakoś nie umiem co jakiś czas nie wracać do tych, starych, dobrych, łzawych kawałków. Mam do tego zespołu i ich muzyki jakiś taki mega-ogromniasty sentyment. Tak jak teraz, kiedy patrzę w tekst tego wpisu i widzę cytaty, to nie jestem w stanie ich normalnie przeczytać, muszę je zanucić, a w głowie słyszę śpiew. Moim takim małym marzeniem jest, żeby kiedyś, przy okazji jakiegoś na przykład jubileuszu Sara Chmiel wpuściła Anię Wyszkoni na chwilę na jej dawne miejsce i żebym mógł usłyszeć stare, dobre Łzy na żywo. Bo te „nowe” Łzy z Sarą Chmiel w charakterze nowej wokalistki są… równie dobre, jak „poprzednie” i też bardzo lubię. Ale do nich sentyment dopiero się buduje ;-).