Walę-tynki czyli jak (w depresji) do pracy wracam…

No dobra, przesadziłem z tą depresją. Tym bardziej, że wreszcie w Polsce ludzie, społeczeństwo, a co najważniejsze – lekarze – zaczęli prawidłowo odbierać depresję jako chorobę. Trudną, ciężką chorobę, która może (dosłownie) zabrać życie. Ok, dość ponurych słów.

Ostatni weekend ferii w moim województwie przeleciał mi o wiele za szybko. Walentynkową sobotę spędziliśmy razem, w domu, bez żadnych wyjść i planów „z okazji”. Odbijemy sobie w marcu wyjściem o kina i na ukochane sushi. Bo czemu okazją do spędzenia czasu ze sobą ma być jakiś konkretny dzień? Nie można „ot tak” po prostu gdzieś wyjść i spędzić razem trochę czasu? Z całą pewnością można.

A w ogóle to myślę sobie, że Walentynki są takim trochę bezlitosnym świętem. Okrutnym. Narzucającym światopogląd. Być może uważam tak dlatego, że miałem okazję spojrzeć na ten dzień z obu stron. Pamiętacie mój tekst o pamiętnikach? Ja jednak jakiś czas temu zerknąłem do swojego, chcąc między innymi zweryfikować poprawność skojarzenia z pewnym, bardzo konkretnym utworem Łez, jakie mi się zrodziło w głowie. W każdym razie… Uśmiałem się w pewnych momentach, w innych było co najmniej żenująco. Jak zawsze, gdy patrzy się wstecz, prawda?

Tak czy inaczej, w tym jednym dniu jakoś nikt nie pamięta o tym, że nie wszyscy mają tą radochę kupowania słodkich serduszek, kartek walentynkowych czy czekoladek w kształcie serca z truskawkowym nadzieniem. Wszędzie atakuje nas atmosfera słodka do przesady, wypełniona miłością. Jakby nie należało kochać w pozostałe dni, prawda? Albo jakby nie chciało się odciąć od wszelkich „miłości”, bo właśnie rozleciał się związek, bo chłopak/dziewczyna postanowili się pożegnać i zostawili. Tylko jak się tu odciąć, skoro zewsząd atakują setki słodkich serc?

No dobrze, dość marudzenia o Walentynkach ;). Jeden jedyny dzień w roki można jakoś przetrwać, będąc samemu, albo co gorsza, nieszczęśliwie zakochanym. Ale były czasy, że nie znosiłem tego święta. Na szczęście teraz podchodzę dość… ambiwalentnie.

Za to zdecydowanie nie ambiwalentnie podchodzę do pracy ;). Ale tak naprawdę nie jest źle. Dzięki takiemu, a nie innemu planowi zajęć lubię poniedziałki. Dają szansę na łagodne wejście w tydzień pracy. Więc o żadnej depresji tak naprawdę nie może być mowy ;).

Czym jest dla Ciebie bliskość?

Jest taki nowy serial na HBO, którego dwa odcinki okazały się na tyle… zabawnie interesujące, że będziemy się z Mamą Sz. starali oglądać. Jego tytuł to właśnie „bliskość”.

Ale dzisiaj o trochę innej bliskości będzie. Przynajmniej w założeniu.

Weekend przeleciał nam (jak zwykle zresztą, o czym pisałem już wielokrotnie…) za szybko. Chociaż jeszcze nie tak do końca przeleciał, leci wciąż ;). Mimo, że przez grypę trwał nie zwyczajne dwa, ale pięć dni. Myślę, że była to dobra decyzja – zamiast zabijającej gorączki jak w listopadzie, dzięki posiedzeniu w domowym ciepełku przeszło nam wszystkim na całkiem akceptowalnym poziomie. Ale nieważne, nie o tym. O bliskości.

Pomyślałem sobie o tym w piątek (a może już w czwartek…?) gdy wraz z Mamą Sz. spokojnie zasiedliśmy sobie do śniadania w okolicach południa (sic!). Niby głupia rzecz, takie śniadanie, nie? To znaczy – nie z powodów biologicznych, ponoć śniadanie to ten najważniejszy posiłek dnia… Ale ot, posiłek, jakich wiele w ciągu dnia, chwila jedna z wielu, spędzanych razem.

Ale właśnie tak sobie pomyślałem, siedząc razem przy kuchennym stoliku, że generalnie nieczęsto mamy okazję do takiej zwykłej, nieskrępowanej bliskości – my, wszyscy ludzie. W tygodniu, rano, wszyscy mamy dokładnie ustalony harmonogram, od chwili, gdy zadzwoni budzik. Ktoś idzie do sklepu po pieczywo, ktoś robi herbatę, ktoś śniadanie, ktoś budzi Szymona, ktoś ścieli łóżka, ktoś przygotowuje ubrania Szymonowi. I nie ma czasu na żadną głębszą „bliskość”, nie mówiąc o wspólnym zjedzeniu śniadania – najczęściej.

I tym bardziej trzeba pilnować okazji do tej „bliskości”. Chociażby w postaci do posiedzenia razem przy śniadaniu, w milczeniu, patrząc sobie w oczy. Bo taka bliskość trochę cementuje, nie? A w pędzie codzienności czasem po prostu nam to gdzieś ucieka. I mając te dwa dni (przeważnie), kiedy rano nie musimy się śpieszyć, trzeba o tym pamiętać…