Wymieniać, czy nie wymieniać zamki w drzwiach?

Hmm, no właśnie, to pytanie jest. Nie będę znów wspominał o naszych planach, bo pisałem i nich nie raz, ale wraz ze zmianą miejsca zamieszkania pojawia się również wiele decyzji, jakie należy podjąć. My przy okazji będziemy sobie odświeżać wygląd wszystkiego wokół. To tak naprawdę sama radość – nowe meble, nowe kolory, nowe sprzęty.

Oczywiście, poza tym jest mnóstwo totalnie przyziemnych spraw. Chociażby takich, jak zwykła, prosta, banalna logistyka. Nawet, gdy odległość sięga tego samego osiedla. I tak trzeba zapakować wszystko do… busa? Bo nasza Fabianka raczej nie da rady, mimo wszystko. Nawet jeśli ostatnio wysprzątałem bagażnik ;-).

No a potem nadchodzi ten moment, kiedy przekazujemy sobie klucze i… można mieszkać :). I się cieszyć. I… zmienić zamki w drzwiach? Myślę, że warto. Tym bardziej, że tak naprawdę to nie są duże koszty. Nawet taka gerda.pl, która dla mnie jest chyba jedną z lepszych marek, jeśli nie najlepiej znaną co najmniej, nie są jakoś odrzucające jeśli chodzi o cenę. A przecież wydatek kilkuset nawet złotych na wymianę zamków w drzwiach, przy zakupie całego mieszkania nie stanowi jakiś wygórowany koszt, prawda? Przecież nigdy nie wiadomo, czy klucze, które zostały przekazane, są jedynym egzemplarzem ;).

Już za parę dni…

…no dobra, przesadziłem. Za parę dni, to raczej nie. Za kilkanaście. Ewentualnie kilkadziesiąt, gdybyśmy mieli się trzymać ściśle przedwstępnej umowy. Chyba już wspominałem o tym gdzieś i kiedyś, bardziej między wierszami, niż faktycznie, w każdym razie… Przymierzamy się do zmiany mieszkania na większe. Nasze mieszkanko – jakkolwiek by nie było ukochane, wspaniałe i tak dalej ma jedną, zasadniczą wadę – jeden pokój mniej. I już od jakiegoś czasu nam to doskwierało i dokuczało, no bo tak naprawdę – ile można razy codziennie składać i rozkładać kanapę w salonie… Chyba każdy się zgodzi ze mną, że mimo wszystko jednak powinno się mieć własną sypialnię, a nie sypialnio-salon.

Więc jakiś czas tak się trochę rozglądaliśmy co nieco, ale rynek nieruchomości w naszym mieście tak naprawdę kompletnie leży na kolanach i dogorywa z tymi dosłownie kilkoma ofertami. Serio – po prostu brakuje mieszkań, które można kupić. Niemal każde sprzedaje się na zasadzie domina – kiedy obecni właściciele sprzedają komuś innemu własne i dlatego mogą sprzedać swoje obecne.

Na szczęście takie samo mieszkaniowe domino ruszyło również i w naszym zasięgu. Okazało się, że możemy zakupić mieszkanie, którego właściciele kupują dom od kogoś, kto przenosi się do mieszkania. Więc my też sprzedajemy. To się nazywa rynek wtórny, 100% recyklingu :D.

Tak czy inaczej, wszyscy jesteśmy już po rozmowach całkiem już za wstępnych, wszystko ustalone, gdzieś tam pośrodku tego domina czeka się tylko na ostateczne decyzje banków bezlitosnych które to złośliwie i wrednie chcą czekać do ostatniej chwili. Nie fair.

Ale nieważne. My sobie grzecznie czekamy, ostateczny czas mamy do końca sierpnia. Więc trochę czasu jest. A że mamy trochę czasu, to już szalejemy i rozglądamy się mocno wokół. Zaczynając od telewizyjnych programów w stylu „ogarnij swój dom, daj nam go rozwalić i zbudujemy w tydzień od nowa”, bo różne internetowe katalogi, strony, projekty i sklepy. Obawiam się, że będziemy musieli również zaopatrzyć się coś, czego nie mieliśmy w naszym dotychczasowym mieszkaniu, czyli daszek. Taki zwykły daszek na balkon. Z racji tego, że będziemy mieszkać na wysokim parterze, a nie na I-szym piętrze, w dodatku bardziej pod drzewami. Więc… instalacja balkonowego daszku chyba nas nie minie. Tak, jak i pewnie mnóstwo innych, absolutnie niezbędnych zakupów. Ale to przyjemne jest. Takie zakupy na nowym, swoim gniazdku, prawda?