Zwycięstwo doskonałej techniki…

Poniższy post napisany został wczoraj, późnym wieczorem, w chwili niżu psycho-emocjonalnego, więc sami rozumiecie. Takie ostrzeżenie.

Jakiś czas temu pisałem, że w temacie naszego samochodu toczy się bój pomiędzy piękną stylizacją a doskonałą techniką. I cóż, bój ten można uznać za zakończony, wybór został dokonany, decyzje zapadły. Tylko dlaczego mnie to nie cieszy?

No dobra, przesadzam. Jasne, że mnie to cieszy. Cieszy mnie to niesamowicie. Gdy wszystko pozytywnie się poukłada, to w najbliższy wtorek rozpoczniemy długą procedurę, która zakończy się ostatecznie podróżą do domu nowym samochodem. I tym razem po raz pierwszy w życiu naprawdę nowym. Nie „nowym” dla nas, z drugiej ręki, lecz całkowicie, zupełnie w stu procentach nowym, z salonu. I właśnie… nie cieszy mnie to tak, jak cieszyłoby mnie to kiedyś. Cóż. Paradoksalnie chyba przez tego bardzo przecież udanego naszego sylwestra. Bo właśnie tak sobie siedziałem na tylnej kanapie Toyotki i pisałem najpierw opowiadanie, potem sylwestrowego posta. I gdy spojrzałem sobie za okno to zdałem sobie z czegoś sprawę. A potem jeszcze wieczorem Mama Sz. wróciła na internet do oglądania kolejnych samochodów burząc moją koncepcję wyboru samochodu.

I tak sobie zdałem sprawę, że w zasadzie dla mnie takie jeżdżenie autem „na poważnie” w zasadzie jest już skończone. Przypominam sobie nasze pierwsze chyba wakacje po zakupie Scenica. Wyjazd o pierwszej w nocy i prawie siedemset pięćdziesiąt (jeżeli dobrze pamiętam) kilometrów w jedną stronę. Wtedy zaliczyliśmy to w coś ponad jedenaście godzin z dwoma przystankami. Jedne z moich najlepszych wakacji. Uwielbiam jeździć samochodem. Jaki jest plan, jaki był plan na moje najlepsze wakacje? Właśnie samochodem. Najpierw na Mazury, bo tam Mama Sz. ma rodzinę, a potem wzdłuż wybrzeża wraz z obowiązkową wycieczką na sam koniec polskiego piekła czyli Hel. Oczywiście, wszystko to zza kierownicy samochodu. A teraz… Wszystko to mogę sobie wsadzić między bajki. Wiecie, że gdy oglądaliśmy samochody w salonach – Peugeota, Clio, wreszcie Skodę, to nie wsiadłem nawet do żadnego z nich? Dopiero do Skody – na miejsce pasażera, gdy wyjeżdżaliśmy na próbną jazdę bo Mama Sz. chciała się przejechać. No bo tak naprawdę po co miałem wsiadać? Już przestałem się oszukiwać. Będzie nowym autem jeździć w zasadzie wyłącznie Mama Sz., a dla pasażera w każdym jest dość miejsca. No i te półtora czy dwa w porywach do pięciu kilometrów po Moim Mieście samemu po zakupy mogę zrobić każdym autem. To nie ma znaczenia. I świadomość tego mnie dołuje. Prawie odbiera mi radość z tego, że po raz pierwszy kupujemy naprawdę nowe.

Jasne – cieszę się z tego. Bo nie będzie tak, że jak dostaniemy kluczyk i nasze tablice, trzeba będzie pojechać do mechanika na wymianę klocków, tarcz, rozrządu, płynów i właśnie tylko chyba mechanik jeden wie, czego jeszcze. Będzie tak, że przez rok, dwa, a może i cztery, tak, jak sięgnie gwarancja, będziemy tylko tankować i spłacać kredyt, który przy „używce” i tak byśmy płacili. I świadomość tego mnie naprawdę cieszy. Ale to już radość czysto materialna, związana z utrzymaniem auta, jego (nie) serwisowaniem i co tu dużo mówić – radością z nowego. Radość kierowcy jakoś tak ustąpiła całkowicie miejsca zupełnej obojętności. Po prostu whatever, dla mnie jest fotel po prawej. I mogę sobie co najwyżej popatrzeć na schowek przede mną albo poprawić włosy w przeciwsłonecznej osłonce z lusterkiem.

A do tego jeszcze dzisiejsza pani na poczcie, która po prostu… Nie, to trzeba opisać.

Odbierałem paczkę. Już nawykły do procedury położyłem awizo oraz dowód. Pani, w wieku pi razy oko moich rodziców, patrzy na dowód, na mnie, na dowód, na mnie i w końcu mówi: „Było się kiedyś młodym, haha”. Kurtyna opada, żebyście nie widzieli, jak mentalnie strzeliłem sobie w łeb. A zaraz potem jej. Żeby sobie stara małpa (tak!) nie myślała.

PS. Przez głowę mi przeszło w odwecie poprosić o jej imię, nazwisko, a następnie takie same dane jej kierownika…

Majówka na mokro i z błyskami…

2 maja 2013, 17:43.
Mama Sz. leży obok i czyta książkę. Ja oglądam dziesiąte miejsce najpotężniejszych broni pod kątem siły ognia – bo ledwie kilka chwil temu sobie włączyłem nagrany w zeszłym tygodniu program. Szymon? Szymon jest trzydzieści kilometrów od nas, od wczoraj. Jeżeli wszystko będzie w porządku, to do jutra. Czyli że majówkę mamy tylko dla nas. Odpoczynek, spędzanie czas ze sobą i noc… Spanie od wieczora do rana nieprzerwanie. Można się wyspać. I się wysypiamy.

Poza tym Scenic zrobił nas mocno w konia. Uparłem się na sprzęgło, podczas gdy problemem był katalizator. Coś mu się nie spodobało i rzucił błędem komputera. No i po wizycie u elektromechanika paląca się lampka check engine przestała drażnić. Masakra z tymi autami. Mam tylko nadzieję, że mój mechanik będzie mógł oddać do hurtowni zamówione przez siebie sprzęgło, bo inaczej cóż, trzeba będzie zapłacić i sprzedać we własnym zakresie ;). Ale mam nadzieję, że jednak nie. A teraz się biorę za opowiadanie, chociaż ostatnio, nie powiem, pisanie idzie mi jak krew z nosa…

Ach, no i oczywiście pogoda. Dramatyczna. Dzisiaj rano, akurat jak jeździłem po mieście, w ciągu dwóch, trzech minut zrobiła się noc. A potem zaczęło padać tak, że wycieraczki na najszybszym biegu nie dawały rady, a ja widziałem jakieś dwa – może – metry przed autem. No i burza… Kilka razy porządnie się błysnęło. Na szczęście wszystko trwało tylko kilka minut, ale mimo wszystko… Makabra. I oczywiście jestem przekonany, że w niedzielny wieczór pogoda zacznie się poprawiać by w poniedziałkowy poranek, kiedy to pójdziemy wszyscy do pracy, nad sobą będziemy widzieli błękit nieba, a wokół siebie będziemy czuli piękne, letnie ciepło. Zakład?