Dylematy Taty (nie tylko) dla Taty

Wpadła mi ostatnio całkiem fajna książka w ręce. Książka wydawnictwa Wiedza Powszechna pod tytułem „Dylematy Taty” autorstwa Piotra Krupy. W pierwszej kolejności zdecydowanie wpadła mi w oczy okładka – myślę, że gdybym zdjął okulary i rzucił w siebie paczką foto-filtrów, wyglądałbym całkiem jak z okładki. Ale przecież nie okładka książkę czyni…

Książka nie jest poradnikiem – przynajmniej ja tak ją odebrałem. Książka jest raczej… pamiętnikiem? Myślę że tak. Jest to zbiór felietonów, w których możemy prześledzić historię rozwijającego się tacierzyństwa, od pierwszych chwil ciąży książkowej bohaterki Dżoanny, aż do rozwiązania i przyjścia na świat Jaśka wraz z ciężkim startem rodziców -amatorów do bycia rodzicami właśnie.

Felietony Piotra Krupy są… różne. Oczywiście, nie mam na myśli tutaj poziomu, czy jakości – bo ten jest w zasadzie stały i wysoki. Na tyle, że książkę czyta się szybko i przyjemnie – chociaż w moim przypadku musiałem poświęcić trochę więcej czasu na tą książkę z braku wystarczającego czasu (przez takie wakacje pewnie potrzebowałbym ze dwa, maksymalnie trzy dni ;) ). Felietony są różne, bo maja różny… hmm, zakres ;-). Raz są zabawne, gdzie naprawdę szczerze hihrałem się do książki, raz współczułem, bo przecież sam jestem ojcem, przechodziłem przez cały ten czas ostatnich siedmiu lat życia mojego Szymona. I wiele razy mówiłem sobie: „kurde! Przecież to ja! To ja, Szymon i Mama Sz.!”.

No właśnie – już we wstępie można przeczytać, że książka nie jest do końca poradnikiem, ale raczej po prostu książką o rodzicielstwie, opiece nad dzieckiem, dla młodych rodziców, dla tatusiów. I tak sobie – w trakcie całej lektury książki wielokrotnie – czułem, że kurcze, ta książka jest o mnie! Zmiana całego życia, gdy pojawia się dziecko, zmiana priorytetów, zmiana codzienności, zmiana, zmiana, zmiana… Zmienia się wszystko. I te wszystkie zmiany są w tej książce świetnie przedstawione – od samego początku i pierwszych doświadczeń po bycie pełnym radochy ojcem dwulatka.

Dla kogo jest ta książka? Dla rodziców oczywiście. Początkujących, tych, którzy dopiero co wyruszają w tą niekończącą się podróż. I tych, których pociechy mają już dobre kilka lat i trudne początki są dawno za nimi. Ja dodam jeszcze, że książkę tę powinni kupić przyszli rodzice swoim bezdzietnym znajomym w prezencie – dla zrozumienia, dlaczego za jakiś czas młodzi rodzice towarzysko znikną na jakiś, przeważnie dłuższy, czas.

Jako rodzic z siedmioletnim doświadczeniem z czystym sumieniem mogę polecić tą książkę. Nie tylko rodzicom, przyszłym i obecnym, ale również – a może przede wszystkim – ich znajomym, przyjaciołom. Przyda się spojrzenie z drugiej strony ;-).

PS. Panie Piotrze, zapraszam do Mojego Miasta na spotkanie z moim Szymonem. Wtedy uwierzy Pan, że można mieć dziecko-niejadka ;).

Jak bardzo książka może zdegustować…?

Chyba nie ma górnej granicy zdegustowania. Zniesmaczenia. Obrzydzenia. Cóż. Zwłaszcza gdy przed lekturą obejrzy się film. Film, który dla mnie z kolei nie ma górnej granicy wspaniałości.

Forrest Gump

Właśnie teraz, 26 marca 2016r., około jedenastej w nocy, oglądam po raz któryś z kolei ten właśnie film. Pamiętam doskonale, jak obejrzałem ten film po raz pierwszy. Zachwycił mnie. Tak po całości. Od samego początku, do samego końca. Genialna gra głównego aktora, genialny scenariusz, genialne… no, chyba kurcze, wszystko. Tak po prostu Jeden z najlepszych filmów, jakie miałem okazję obejrzeć i obowiązkowa pozycja na mojej liście „must watch”. Gdy widzę, że ten film znów jest w telewizji, to zawsze uśmiecham się pod nosem, a gdy mam więcej czasu – tak, jak teraz, gdy czekam, aż przygotowana przeze mnie aktualizacja strony wgra się na serwer, oglądam jednym okiem, drugim pisząc tego posta. Tak jakoś mnie zainspirowało. Być może też zainspirowała mnie też rozmowa na ten temat z Mamą Sz. – która książki Winstona Grooma o takim samym, jak film, nad którym się rozpływam, tytule, nie czytała. Jeżeli ktoś z Was jej nie czytał, to proszę, nie czytajcie jej. Ja zrobiłem ten błąd. Przeczytałem. W zasadzie – zmusiłem się do przeczytania do końca, kierując się jakimś dziwnym uporem, bo skoro zacząłem, to głupio tak odkładać na półkę niedokończoną pozycję. Ale żałuję. Nie wiem, być może są tacy, którym ta książka się podoba. Dla mnie jednak książka ma wydźwięk… jakiegoś opowiadania, które napisane jest przez dorosłego, który na siłę udaje dziecko-idiotę, starając się kompletnie nieudolnie wejść w tą rolę, by opisać wszystko, co ma do opisania niby-swoimi oczami. Dramat. Naprawdę.

Tym większy mam szacunek dla Roberta Zemeckisa, Erica Rotha, Dona Burgessa i reszty ekipy odpowiedzialnej za ten świetny film. Każdy Oscar, każda nagroda była w pełni zasłużona. Ale proszę po raz drugi: nie czytajcie książki. Jest straszna. Zastanawiam się, jakim cudem w ogóle udało się ją wydać? Jak to się stało, że osiągnęła sukces? Chyba jej przeznaczeniem było stać się tylko inspiracją do powstania tak genialnego filmu. Bo… Nie umiem sobie wyobrazić innej możliwości.