Pączek pączkiem pączkowi pączkuje…

image

 (źródło zdjęcia: pixabay.com)

No właśnie, dzisiaj Tłusty Czwartek. Ile już pączków zjedliście? A może jeszcze ani jednego? No to czas to nadrobić w trybie pilnym ;). Już przedpołudnie, więc na śniadanie jeden pączek już mógł się pojawić ;).

A my (my, bo w nocy dał Mamie Sz. tak „popalić”, że jedynym rozsądnym wyjściem było wzięcie urlopu na żądanie – by odespać niemal całkowicie zerwaną noc) dzisiaj z Szymonem, bo ten nadal chory. Niemal bez gorączki (bo te trzydzieści siedem z drobnymi to raczej nie gorączka?) za to z kaszlem i katarem. Oczywiście czyszczenie nosa jak najbardziej by pomogło, ale jest mocno utrudnione. Potem jeszcze noc, pełna kaszlu i duszenia się. A my – cóż, głównie Mama Sz. – nie dosypiamy nocek. I do końca tygodnia (czyt. z wyraźnie depresyjnym dla mnie wydźwiękiem jako „końca ferii” ;) ) zostaje u mnie w domku.

Ale wracając do tytułowych pączków… Dzisiaj pewnie pączki będą wszędzie niemal ;). I w dowolnej ilości. A my odpuściliśmy sobie wszelkie „sklepowe” pączki. Jak co roku jedziemy do Babci Szymona D. na takie „prawdziwe”, domowe pączki. I znów mój cotygodniowy spadek wagi pewnie nie będzie tak satysfakcjonujący, jak bym chciał. Ale podobno im mniej „ponad” do zrzucenia, tym wolniej spada ;). Więc trzeba nie narzekać i cierpliwie działać ;).

Piasek pod kołami, czyli bokiem do przodu / Coś o systematyczności (choróbstw)

Hmm, wspominałem już wczoraj o tym na Facebooku. U mnie wczoraj była istna makabra. Śnieg, który sypał od kilku dni, w połączeniu ze stale ujemną temperaturą oraz ogólnym brudem, solą i Bóg jeden (może…) wie czym jeszcze utworzył na drogach warstwę szaro-brudnego… czegoś, co w konsystencji najbardziej kojarzyło mi się właśnie z piaskiem. Z piaskiem, który lepił się do opon, do nadkoli, do butów, do wszystkiego, co tylko miało z nim jakąkolwiek styczność. Naprawdę tak właśnie było, jak w temacie – gdybym tylko był jedynym na drodze, gdyby tylko nie było innych kierowców, to naprawdę byłbym w stanie bez większego trudu w każdy zakręt – nawet na tych głównych idących przez całe moje miasto – wejść „bokiem”, blokując tylne koła ręcznym hamulcem i wymuszając nadsterowny, kontrolowany poślizg. Szczerze mówiąc, niezła zabawa – oczywiście póki wszystko toczy się w granicach naszej kontroli i ten poślizg faktycznie jest kontrolowany ;). Mam u mnie w mieście taki jeden duży, pusty parking, o którym służby miejskie zimą bardzo często „zapominają” i leży na nim śnieg. Można bezpiecznie (dla innych, bo dla siebie – jeśli przeholujemy, to już tak nie do końca ;) ) poszaleć i poćwiczyć.

Bo tak sobie myślę, że właściwie to każdy kierowca powinien od czasu do czasu poćwiczyć na ośnieżonym parkingu. Ot tak, żeby wiedzieć, jak zachowa się jego auto, w czasie gdy opony stracą bezpośredni kontakt z podłożem. I nie ważne, czy ma się napęd na tył, na przód, czy na wszystko ;). Każdy powinien od czasu do czasu trochę „podriftować”, nawet jeśli ma przedni napęd ;).


Zaszalałem, aż sobie linię wstawiłem ;). Bo to jakby teraz osoby temat. Systematyczność… Choróbstw. Tak, Szymek znów chory. Chociaż teraz nie jest jeszcze jakoś tak nie wiadomo jak tragicznie – wczoraj wieczorem w okolicach 37,2^C i kaszel. A dzisiaj jeszcze wyjazd do B.-B. Ale Szymon zostaje u dziadków, nie będziemy go ciągnąć w taką długą podróż, jak chory. I jutro też zostaje w domu, może w czwartek do przedszkola już pójdzie – jeżeli mu się poprawi. Ot, taką mamy właśnie systematyczność choróbstw niestety.