Święta, święta i po… a nie, to dopiero jutro.

No właśnie, jutro. Dzisiaj jeszcze ostatni dzień świąt. Ale tak, jak co roku – minęły szybko, o wiele za szybko. Zwłaszcza w kontekście przygotowań do nich – tych wszystkich ciasteczek, jedzenia, ozdób na choinkę, lampek w oknach i tak dalej. Znacie to przecież z Waszych własnych domów. A ja, kurcze, nawet nie zdążyłem tutaj zajrzeć przed świętami. Chciałem oczywiście umieścić tutaj jakąś ładną świąteczną grafikę wraz z życzeniami, ale… jakoś tak nie zdążyłem. A teraz już prawie po świętach.

Wróciliśmy do domu, po odwiedzinach u jednych i drugich rodziców. Wróciliśmy po odśpiewaniu kolęd, po złożeniu sobie życzeń oraz po odpakowaniu prezentów. Och, no i jeszcze po wydmuchaniu odpowiedniej ilości całkowicie pozbawionego oparów alkoholu powietrza do policyjnej „latarki” w trakcie rutynowej kontroli trzeźwości – po raz pierwszy od siedmiu lat corocznych podróży ;).

No właśnie, prezenty. jak tam u Was z tym? My trafiliśmy. Zresztą, co o tym wiele pisać… „O! O tym marzyłem” – słówka Szymona, gdy odpakował pudełko z sięgającym trzydziestu (centy)metrów wysokości Optimusem Prime’m. Potem jeszcze były klocki Lego no i… słodycze. Jeśli chodzi o nas, to prezenty były równie trafione, bo z listy, jak co roku ;). Więc właśnie piszę te słowa z wpiętymi w uszy słuchawkami, z których płyną najnowsze Łzy 20, „zamówione” pod choinkę. Ach, no i jeszcze jeden prezent, który Szymonowi sprawił całkiem niezłą radość i frajdę (a potem po kolei wszystkim dorosłym ;) ) – gra 5 sekund, w wersji Junior. Po wielu kolejnych pytaniach oraz śmiechach doszliśmy do wniosku, że na kolejną okazję „prezentową” kupujemy 5 sekund już nie w wersji juniorskiej ;). Świetna rozrywka!

Och, no tak, jeszcze jeden prezent. Puzzle, które Szymek dostał. Puzzle, ale nie takie „zwyczajne”, tylko takie… mocno indywidualne. Na obrazku złożonym ze stu dwudziestu kawałków widniał bowiem Szymon, na kilku zdjęciach z wycieczki z Wrocławia. Fajny pomysł :). I to jest fajny pomysł nie tylko na święta. Zresztą, takich firm, które oferują produkty z nadrukiem na najróżniejszych przedmiotach według własnego wzoru. Koszulki, kubki, ołówki, czy wreszcie… puzzle. Zawsze można dzięki temu podarować sympatyczny gadżecik. Ja spośród odmętów Internetu znalazłem firmę o dość przewrotnej nazwie – Koszulkomat. Na tej stronie tej firmy możemy właśnie zamówić sobie najróżniejsze gadżety z nadrukiem według własnego wzoru. Jeżeli ktoś ma ochotę na zamówienie dla siebie albo dla kogoś bliskiego coś takiego, to trzeba zajrzeć tutaj: 
http://koszulkomat.eu/
.

A teraz już, kończąc ten dzisiejszy dzień, ostatni ze świątecznych w tym roku, na razie wyciszam Łzy i wracam do Piotrusia Pana i jego powrotu do Nibylandii. Miłego wieczorku ;).

You comment’ me?

No, widziałem to cudo wreszcie. W zasadzie nawet kilka minut temu się skończyło. Napisy końcowe w porządku alfabetycznym i mogę napisać coś-niecoś o filmie. O filmie, na który od bardzo dawna miałem ochotę, o filmie, o którym wiele razy czytałem, wiele razy słyszałem i wiele razy widziałem – odniesienia w innych filmach (jak chociażby w naszym, rodzimym „Killerze”).

Film… A co tam, spodobał mi się. Spodobał mi się, bo był zupełnie inny niż to, czego się spodziewałem. Cóż, faktycznie miałem nadzieję, że w pewnym momencie Travis naprawdę zacznie „rozprawianie się z robactwem tego miasta”, jak przeczytałem przed obejrzeniem filmu na jednym z filmowych portali. Hmm… Więc w mojej głowie wytworzył mi się na poczekaniu obraz samodzielnego bohatera-herosa, który unikając świszczących kul bez trudu eliminuje po kolei wszystkich bandziorów miasta, nie obrywając przy tym ani razu. Ech, zapomniałem, że film reżyserował nie kto inny, jak Martin Scorsese, a jego filmy nigdy nie są sztampowe ani schematyczne – przynajmniej ja mam takie odczucia.

I chyba właśnie dlatego „Taksówkarz” tak mi się podobał… To nie heros, który ma mnóstwo gnatów (no dobra, mnóstwo gnatów to kupuje… ale nie w tym rzecz) i strzela do wszystkich bandziorów w mieście, unikając trafienia. To zwyczajny w jakimś stopniu były żołnierz, który postanawia uwolnić jedną dziewczynę z rąk trzech alfonsów. Oczywiście, od razu widzimy, że nie jest „pancerny”, zostaje ranny, dwukrotnie, ba, nawet przez jakiś czas jest pogrążony w śpiączce. Ale właśnie chyba ta „nieherosowość” bohatera mi się spodobała.

Wiem, pominąłem całkowicie wątek próby (hmm… albo próby-próby, bo nawet do samej próby nie doszło ;-) ) zamachu na kandydata na prezydenta. Ale wydaje mi się, że w jakimś stopniu było to na tyle nieznaczne, by nie zwrócić na to większej uwagi. Chyba bardziej skupiłem się na wątku „oczyszczania miasta” (którego koniec końców nie było ;-) ).

Podobała mi się również narracja, prowadzona w formie pamiętnika, w której Travis zapisuje swoje myśli tak, jakby były kartkami z pamiętnika, z datami. To bardzo ciekawa forma, potrafiła mi bardziej się „wczuć” w rolę Travisa i lepsze spojrzenie na świat jego oczami. I lepsze zrozumienie jego celów. Przynajmniej tak mi się wydaje teraz – „na gorąco” tuż po obejrzeniu filmu.