Rozumiem ludzi, którzy wysyłają mnie do pracy w wakacje

Jak już pewnie wiecie (wiecie?), pracuję w edukacyjnej części „budżetówki”. Taaak, jestem nauczycielem. Na szczęście (chyba…?) dla mnie w szkole podstawowej, więc w trochę mniejszym stopniu uderzy we mnie najnowsze… coś, co zostanie wprowadzone przez władzę. Ale ja dzisiaj nie o polityce. Ja o wakacjach.

Wakacjach oraz feriach. I w ogóle dniach wolnych. Bo właśnie tak naprawdę to już odliczam. Jeszcze jutro. Potem weekend (pierwszy od czterech tygodni wolny, czyli bez zjazdu na studiach), trzy dni, klasowe wigilijki i… świąteczna przerwa. Aż do stycznia. Ach, no przecież jeszcze obowiązkowy dyżur na świetlicy szkolnej w piątek, 23-go. No właśnie, dyżur…

Jako nauczyciel, mam trochę więcej dni wolnych od pracy w ciągu całego roku kalendarzowego. Zresztą, w ogóle w mojej „branży” rok kalendarzowy z rokiem pracy jest trochę przesunięty, zaczynając się od września i kończąc w czerwcu. A pomiędzy tymi dwoma miesiącami ferie, wakacje, przerwy świąteczne i pojedyncze dni wolne. I co jakiś czas gdzieś tam w mediach przetacza się fala jakiegoś tam sprzeciwu, że jako to tak, że my – nauczyciele – tyle mamy wolnego i w ogóle. Hmm, szczerze? Coś w tym jest. I faktycznie, gdyby tak z ręką na sercu zliczyć, to na pewno wychodzi tych wolnych dni więcej niż urlop wynikający z kodeksu pracy.

Z drugiej strony jednak, dla mnie przynajmniej, są to dni w większości WYZNACZONE z góry. Nie mam w zasadzie wielu możliwości wzięcia urlopu, na przykład pojedynczego dnia, przeznaczonego na jakiś konkretny dzień. Jakikolwiek… hmm, nie wiem, wyjazd rodzinny, przypilnowanie fachowca, który wymienia kaloryfer czy gniazdka w ścianie to nie po prostu dzień płatnego urlopu, bo takiego teoretycznie nie posiadam. Jest to prośba do dyrektora o dzień bezpłatnego urlopu, który może zostać odrzucona, jeżeli nie zostanie „solidnie” umotywowana oraz nie powoduje zawirowań w pracy w szkole. No, do tego jeszcze dochodzą dni opieki nad chorym i zdrowym dzieckiem oraz zwolnienie lekarskie.

Ale ja nie o tym chciałem pisać, bo tak naprawdę na razie pewnie odniesiecie wrażenie, że tylko skarżę się jak to mi źle ;). A mam na myśli coś zupełnie odwrotnego… Ten wspomniany mój dyżur na świetlicy, po to, by rodzice mogli przyprowadzić swoje dzieci do szkoły i pójść do pracy… Właśnie, do pracy. My z Mamą Sz. mamy tą dobrą sytuację, że „na miejscu” mamy Dziadków Sz., którzy, już będąc na emeryturach, zawsze nam Szymka przygarną w sytuacji kryzysowej. Do tego jeszcze są moi rodzice w Moim Pierwszym Mieście (no, powiedzmy że mieście, ale w geograficzne szczegóły nie będziemy wchodzić ;p ) którzy też nam Szymona chętnie przygarną…

A co mają zrobić rodzice dziecka, którzy przyjechali do aktualnego miejsca zamieszkania z drugiego końca Polski? Albo nawet i z drugiego województwa? Nadchodzą ferie, świąteczna przerwa czy też – o zgrozo! – wakacje i co? Szkoła się zamyka, dziecko zostaje… w domu a rodzice muszą „coś” z tym zrobić. Najczęściej – po prostu biorą swój własny urlop, by zaopiekować się dzieckiem.

I właśnie tak ostatnio sobie pomyślałem, że ja mam szczęście, że mam taki, a nie inny zawód – może i nie mam co liczyć na wakacyjny wyjazd „first-” albo „last-minute”, bo okres tuż przed oraz zaraz po wakacjach to dla mnie okres najbardziej intensywnej pracy, przez co na wszystkie wakacje mogę jechać wyłącznie „w sezonie”, ale właśnie – jeżeli szkoła ma „wolne” i Szymon jest w domu, ja automatycznie też. Mogę się nim zająć.

Dlatego – mając już własne dziecko – doceniam, jakie to wygodne. I rozumiem, że rodzice dzieciaków, których uczę mogą czasem się buntować i narzekać, że „znów wolne”, albo że „świetlica tylko do którejś tam godziny”. Na szczęście, zwykle szkoły organizują zajęcia przez ferie i wakacje, zwykle w formie półkolonii, chociaż to tak naprawdę nie rozwiązuje problemu. I wiem, że przydałyby się miejsca, do których można podrzucić – chociaż na kilka dni – dziecko, zwłaszcza w wakacje. Dlatego właśnie rozumiem ludzi, którzy wysyłają mnie do pracy w wakacje. Bo czasami po prostu nie ma dziadka, babci, ani innej opcji, jak tylko wziąć urlop tylko dlatego, że szkoła ma wolne.

Dylematy Taty (nie tylko) dla Taty

Wpadła mi ostatnio całkiem fajna książka w ręce. Książka wydawnictwa Wiedza Powszechna pod tytułem „Dylematy Taty” autorstwa Piotra Krupy. W pierwszej kolejności zdecydowanie wpadła mi w oczy okładka – myślę, że gdybym zdjął okulary i rzucił w siebie paczką foto-filtrów, wyglądałbym całkiem jak z okładki. Ale przecież nie okładka książkę czyni…

Książka nie jest poradnikiem – przynajmniej ja tak ją odebrałem. Książka jest raczej… pamiętnikiem? Myślę że tak. Jest to zbiór felietonów, w których możemy prześledzić historię rozwijającego się tacierzyństwa, od pierwszych chwil ciąży książkowej bohaterki Dżoanny, aż do rozwiązania i przyjścia na świat Jaśka wraz z ciężkim startem rodziców -amatorów do bycia rodzicami właśnie.

Felietony Piotra Krupy są… różne. Oczywiście, nie mam na myśli tutaj poziomu, czy jakości – bo ten jest w zasadzie stały i wysoki. Na tyle, że książkę czyta się szybko i przyjemnie – chociaż w moim przypadku musiałem poświęcić trochę więcej czasu na tą książkę z braku wystarczającego czasu (przez takie wakacje pewnie potrzebowałbym ze dwa, maksymalnie trzy dni ;) ). Felietony są różne, bo maja różny… hmm, zakres ;-). Raz są zabawne, gdzie naprawdę szczerze hihrałem się do książki, raz współczułem, bo przecież sam jestem ojcem, przechodziłem przez cały ten czas ostatnich siedmiu lat życia mojego Szymona. I wiele razy mówiłem sobie: „kurde! Przecież to ja! To ja, Szymon i Mama Sz.!”.

No właśnie – już we wstępie można przeczytać, że książka nie jest do końca poradnikiem, ale raczej po prostu książką o rodzicielstwie, opiece nad dzieckiem, dla młodych rodziców, dla tatusiów. I tak sobie – w trakcie całej lektury książki wielokrotnie – czułem, że kurcze, ta książka jest o mnie! Zmiana całego życia, gdy pojawia się dziecko, zmiana priorytetów, zmiana codzienności, zmiana, zmiana, zmiana… Zmienia się wszystko. I te wszystkie zmiany są w tej książce świetnie przedstawione – od samego początku i pierwszych doświadczeń po bycie pełnym radochy ojcem dwulatka.

Dla kogo jest ta książka? Dla rodziców oczywiście. Początkujących, tych, którzy dopiero co wyruszają w tą niekończącą się podróż. I tych, których pociechy mają już dobre kilka lat i trudne początki są dawno za nimi. Ja dodam jeszcze, że książkę tę powinni kupić przyszli rodzice swoim bezdzietnym znajomym w prezencie – dla zrozumienia, dlaczego za jakiś czas młodzi rodzice towarzysko znikną na jakiś, przeważnie dłuższy, czas.

Jako rodzic z siedmioletnim doświadczeniem z czystym sumieniem mogę polecić tą książkę. Nie tylko rodzicom, przyszłym i obecnym, ale również – a może przede wszystkim – ich znajomym, przyjaciołom. Przyda się spojrzenie z drugiej strony ;-).

PS. Panie Piotrze, zapraszam do Mojego Miasta na spotkanie z moim Szymonem. Wtedy uwierzy Pan, że można mieć dziecko-niejadka ;).