Uff, już po chorobowym dominie…

No bo tak to jest właśnie z wszelkiej maści wirusami, nie? Od jednego, do drugiego przechodzi po kolei. I u nas też tak było.

Zaczęło się od zeszłego tygodnia, we wtorek, kiedy to Szymek w połowie dnia został odebrany przez Dziadka Z. ze szkoły ze świetlicy wcześniej, niż było to zaplanowane. Ból brzuszka, wymioty, biegunka, mina pod tytułem „nic mi się nie chce, tylko spać”, ani chybi – żołądkowy wirus. Czy tam grypa żołądkowa. Przez noc wyrzucał z siebie w zasadzie wszystko, co podaliśmy tylko ponad minimalną normę zabezpieczającą przed odwodnieniem. W środę odjechał już na cały dzień do Teściów, było lepiej. W czwartek już poszedł do szkoły. Ale wcześniej przewrócił się kolejny klocek naszego chorobowego domina – Mama Sz. w środę w połowie dnia wróciła do domu – z podobnymi objawami, chociaż obyło się bez rzeczy najmniej przyjemnych – była tylko walka z ciężkim bólem żołądka. Ale jakoś nasza Mama Sz. dała radę. A potem nadszedł czwartek. Mój żołądek od samego rana dawał mi jakieś niejasne, niepokojące sygnały i wieczorem trafiło na mnie. Ech, grypa żołądkowa dopadła również mnie. Walczyłem dzielnie aż do piątkowej czwartej nad ranem. Był więc potem szybki telefon do pracy, że mnie nie będzie (już wiem, co to znaczy „lecieć przez ręce”), potem telefon do zaprzyjaźnionej przychodni i wraz z Mamą Sz. błogie leżenie i dochodzenie do siebie. Szymon też został z nami, chociaż podejrzewam, że ten jego piątkowy ból brzucha, przez który został z nami był czysto symulacyjny. W każdym razie… grypa żołądkowa nas wykosiła. Ale jesteśmy, żyjemy, zdrowiejemy, dobrze jest :D.

Tym bardziej dobrze, że wiosna już. Ciepło, błękit nieba nad nami, ptaszki śpiewają, tylko jeszcze słońce nie grzeje tak w pełni wiosennie, ale mam wrażenie, że lada dzień, lada moment pojawi się to boskie, błogie uczucie ciepła pierwszych promieni i ten charakterystyczny, nieokreślony zapach w powietrzu – zapach wiosny. Czekam już na to bardzo.

No i jeszcze taka mała informacja na samym końcu – dla tych, którzy zerkają regularnie na mojego drugiego bloga… Opowiadanie pod tytułem „Samotnik„, które miało już swój mały start, ale z pewnych przyczyn redaktorskich zostało cofnięte, rusza ponownie od najbliższego czwartku. Zapraszam Was już dzisiaj :).

Piątek, piąteczek, piątunio… a ja dochodzę do siebie.

Tak coś czułem, że to się może źle skończyć. Serio. Wiem, że po fakcie ludzie zawsze mówią, że „coś czuli”, ale u mnie naprawdę tak było. Zacząłem czuć, że coś jest „nie halo” w zeszłym tygodniu, we wtorek, kiedy to po wszystkich lekcjach moje gardło zaczęło delikatnie jakby poboloewać. No tak, za dużo gadania, wiadomo, praca głosem, przejdzie mi. I wiecie co? Przeszło. W środę gardło bolało mniej, w czwartek jeszcze mniej, w piątek zapomniałem o sprawie.

Przypomniałem sobie w niedzielę wieczorem, gdy przy przełykaniu czułem ból jak przy zaawansowanej anginie, a zasnąłem dopiero dzięki tabletkom przeciwbólowym i totalnemu zmęczeniu. W poniedziałek rano decyzja – idę do lekarza. No i zaognienie sytuacji. Miałem szczęście, bo udało mi się wcisnąć w kolejkę do przychodni, gdzie szeptem tylko byłem w stanie jedynie mówić, a i to zaciskając zęby z bólu. Diagnoza – angina to to nie jest, bo migdały czyste, raczej… zapalenie krtani. Antybiotyk i do domu z 39,9^C, z tygodniowym L-4.

Dzisiaj jest już lepiej, zdecydowanie. Mogę mówić, przełykać i wrócić po weekendzie do pracy. Brrr… Nikomu nie życzę czegoś takiego.

PS. Ach, na samym końcu pozwolę sobie na małą autoreklamę (w końcu to mój blog, prawda ;) ? ). W przyszłym tygodniu na moim drugim blogi z moimi opowiadaniami pojawi się nowe opowiadanie, już teraz zapraszam ;).