Tata też przeżywa ciążę

„Będziemy mieli dziecko”, lub „jestem w ciąży”, to typowe słowa, które rozpoczynają nowy rozdział. Ciąża diametralnie i nieodwracalnie zmienia całe życie kobiety – ale także mężczyzny. Przecież oboje z radością, niepewnością, czasem napięciem oczekują na dziecko, za które będą wspólnie odpowiedzialni. Jest to czas, który może bardzo zbliżyć do siebie przyszłych rodziców, ale i wywołać napięcia i nieporozumienia. Jak ja przeżywałem ciążę mojej żony?”

Tata też przeżywa ciążę

Tak, zgadza się, tata też przeżywa ten okres. Jak najbardziej, chociaż z pewnością nie tak intensywnie, jak przyszła mama. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak ja przeżywałem okres ciąży Mamy Sz., zapraszam serdecznie do mojego najnowszego artykułu w portalu Dzidziusiowo.pl

To tylko rutynowy zabieg…

…no a ja się denerwuję. I zresztą nie tylko ja. Mama Sz. też. A przecież jutro rano, wcześnie rano, jedzie na zwykły, rutynowy zabieg czyszczenia zatoki. A jednak w jakimś tam stopniu stresujemy się tym oboje. Jutro wstajemy przed piątą rano, potem przyjeżdża po Mamę Sz. mój Teść i jadą. A ja potem z Szymonem i szwagierką po siódmej do pracy i przedszkola. No apoza tym Szymon wrócił dzisiaj do nas dopiero po szesnastej. Odpoczęliśmy – z jednej strony. Ale z drugiej wciąż myśleliśmy o czekającym nas zabiegu. I w ogóle… Tak wszystko na raz się pozbiegało do kupy.

No bo jutro Mama Sz. ma zabieg, długo wyczekiwany tak naprawdę. Oj, długo się wymęczyła, gdy ibupromy zatoki i wszelkie inne już nie pomagały. Do tego Szymon przeszedł przez jakiś wirusowy problem z żołądkiem, który zaatakował właśnie Mamę Sz. wczoraj. Dzisiaj już czuła się całkiem nieźle, ale z prawie całodzienną dietą.

W czwartek Szymon ma w przedszkolu Dzień Dziadka i Babci. Przez cholerną wirusówkę średnio z wierszykiem, albo – powiedzmy sobie szczerze – marnie po prostu. Do tego jeszcze dochodzi wizyta w szpitalu (moja) jutro między 15-tą a 16-tą trzydzieści, więc Szymona musi odebrać… ktoś inny. Albo Teść (jeśli wróci z K., gdzie zostawi/przywiezie Mamę Sz. po zabiegu), albo Szwagierka, albo nie wiem kto. We wtorek tak samo – wyjazd do przedszkola chyba autobusem, o ile nie zawiezie nas Teść właśnie, a do tego znów ja zostaję do późna w mieście, tym razem w pracy – bo od 14.30 zaczyna się nam klasyfikacyjna konferencja. I tym bardziej nie wiem, o której wrócę… do Teściów chyba, o ile Mama Sz. nie będzie już po zabiegu. No i właśnie – znów niewiadomą jest zabieg.

I do tego w środę planuję zarejestrować samochód. Opłacić wszelkie koszta rejestracji i zarejestrować, bo to jedyny dzień, kiedy mam wolne przedpołudnie – zaczynam dopiero o 12-tej czterdzieści. Więc to jedyna szansa tak naprawdę. Potem od razu telefon do Pana J. ze Skody, by mogli ubezpieczyć auto i… umówić się na odbiór. W sumie – znów – jeśli Mama Sz. będzie już w poniedziałek po zabiegu, Szymon będzie mógł po południu wrócić z moimi rodzicami albo teściami do jednych, albo do drugich a my po pracy mojej pojechać po samochód. Ale czy się to uda…?

Wszystko sprowadza się do tego cholernego zabiegu. W dodatku tenże zabieg też nie jest tak naprawdę pewny – przez te problemy z żołądkiem Mamy Sz. między innymi. No i tak właśnie denerwuję się. I martwię. Bo to niby jest tylko rutynowy zabieg. A i tak się stresuję i tak naprawdę jutro w okolicach siódmej rano bardzo będę patrzył na telefon, na sms-a chociaż od Mamy Sz. Ale to chyba normalne, prawda? Że martwimy się o ukochanych naszych. Tylko w zasadzie wcale mnie to nie pociesza. Będę się po prostu martwił i tyle. I czekał jutro na wiadomość. I nic więcej zrobić nie można – poza samoprzekonaniem się jeszcze, że wszystko będzie dobrze. Bo tak naprawdę to nie dopuszczam do siebie żadnego innego scenariusza, jak tylko taki, że Mama Sz. będzie miała jutro rano zabieg, po którym szybko i bez kłopotów się obudzi, dojdzie do siebie i na popołudnie (względnie wieczór) wróci. No ale niestety, swoje trzeba odczekać, a umysł, jak na złość, zamiast upewniać się w dobrych scenariuszach, tylko wypełnia się stresem. A ja do tego nawet piwa się napić nie mogę. Ech…