A co to? Już piątek?

Jakie to zabawne, że tak szybko może przelecieć czas. Cały ten tydzień po powrocie do pracy po feriach. Taaak, zwłaszcza, gdy wróciło się na dwa dni…

Dopadła mnie angina. W środę rano. Obudziłem się z bólem gardła takim, że nie byłem w stanie niemal nic przełknąć i gorączką prawie 39st. Do tego siła mojego głosu ograniczyła się do głośnego szeptu. Nie było więc wyjścia… L-4.

I tak sobie przesiedziałem do piątku (znaczy, do dzisiaj). I już po pięciu dawkach antybiotyku jest o wiele lepiej. No i weekend, przez który absolutnie i pod żadnym pozorem (tudzież pod naciskiem żadnych rozsądnych [i nierozsądnych takoż] argumentów) nie ruszamy się z domu. Całkowity i niezaprzeczalny odpoczing. No, chyba że ja będę się czuł naprawdę nieźle i coś nam szalonego strzeli do głowy. Ale raczej wątpię. Udanego weekendu więc!

Good morning weekend?

Sobota, 12:27

Wiem, wiem, w oryginale było coś o Wietnamie. Sobotnie przedpołudnie minęło w nastrojach zbliżonych do tych z „sielankowego” wpisu, chociaż… Kogo chcę oszukać? Zdecydowanie będzie bardziej pozytywnie.

Szymon jest już na chodzie. Po paskudnej grypie ma już tylko równie paskudny katar, taki totalnie zatykający nos – i to w zasadzie jedyna pozostałość. Do wtorku powinien już całkiem wyzdrowieć – chyba ;).

Poza tym za tym moim pozytywnym podejściem stoją też tkwiące w uszach słuchawki i płynący z nich głos Sary Chmiel z playlisty z wyselekcjonowanymi, dynamicznymi utworami, których najbardziej lubię słuchać w samochodzie – czyli według amerykańskich naukowców (ech, ci Amerykanie… Zawsze znajdą czas i pieniądze na bzdurne i niepotrzebne badania ;) ) tych najbardziej niebezpiecznych – bo podobno słuchając ulubionej muzyki w samochodzie mamy tendencję do jazdy szybszej i bardziej niebezpiecznej. A gdy dołożymy do tego jeszcze perspektywę jazdy ulubioną drogą pełną zakrętów… Faktycznie ten zdrowy rozsądek może gdzieś tam schować się do bagażnika, przynajmniej na chwilę, bo potem znów powraca świadomość małego, rodzinnego combi ;). Ale to wszystko później, na razie wracam do domowych obowiązków (jak najbardziej również ze wspomnianą muzyką ;) ).

Z przeciągłym piskiem starych zawiasów otworzyły się drzwi do Pudełka Nicości*. Z Pudełka, wraz z czystym, chłodnym powietrzem wydostało się echo pop-rockowej muzyki. W progu drzwi stanął mężczyzna, na którego twarzy malował się niczym nie zmącony spokój i relaks. Oczami mojej wyobraźni właśnie tak to mogło wyglądać, nie?

Cóż, dobrze jest od czasu do czasu totalnie wyczyścić umysł i nie myśleć o niczym, prawda? Najlepszy sposób na relaks i totalną anihilację stresu. Absolutnie w każdej postaci. I warto mieć jakiś stały sposób na to, by umieć wejść do takiego „Pudełka „Nicości”.

 

Niedziela, 10:46

No, blogowanie w starym, dobrym stylu, dniem i godziną ;). Dzisiaj niedziela. Dostałem od razu rano po głowie, gdy za oknem dostrzegłem kłującą biel. Znów spadł śnieg. Niewiele go, ale jednak. Poza tym Szymon nieźle nas postraszył dzisiaj rano.

Dawno temu pisałem o tym jak ciężko przeszliśmy zapalenie stawu biodrowego u Szymona. A dzisiaj Szymek obudził się z narzekaniem na ból nóżki. Bolała nóżka, chodząc wyraźnie kulał, narzekał. Teraz jest już lepiej i Szymek twierdzi, że nic go nie boli, chodzi bez utykania. Ale na samo wspomnienie tamtego naprawdę ciężkiego czasu… Oj, to był hardcore. I naprawdę nie chciałbym do tego wracać. Zobaczymy, jak będzie jutro, tym bardziej, że zamiast kataru jest u niego zaciekły, duszący, suchy katar…

 

Pudełko Nicości* – takie jedno pudełko, w którym faceci lubią zamykać się przed światem. Kto nie widział, ten (buła ;) ) niech nadrobi zaległości: