Niech żyje fervex i inne takie

Uwaga, znów będzie chaos. Niektórzy pewnie będą się cieszyć. Bo wczoraj myślałem, że dzisiaj nie wstanę. Ale wstałem i powiedzmy, że nawet jest nieźle – nie licząc bólu głowy, totalnego niewyspania i ogólnego rozbicia. No i Szymon, gdy w nocy wylądował w naszym łóżku, kopał i wiercił się przez sen, budząc nas co chwilę. Do tego jeszcze skurcz, przez który spadłem prawie z łóżka – bo czasami, na te ułamki sekund przed zaśnięciem tak mam. Wczoraj przez to całkiem się rozbudziłem.

W ogóle wczoraj czułem się tak źle, że aż po siódmej wieczorem zadzwoniłem do mojej wicedyrektor odpowiedzialnej za zastępstwa. I ostrzegłem, że nie wiem, czy będę w stanie dzisiaj się pojawić w pracy. Teraz już wiem, że będę, więc przed siódmą dam znać, że nie ma potrzeby organizować na szybko zastępstwa za mnie. Ale było ciężko. Zgodnie z tytułem – pomógł fervex. Teraz też już jest w szklance i czekam, aż wrzątek, jakim zalałem proszek, trochę ostygnie.

W ogóle też znaczenie w moim pójściu dzisiaj do pracy ma to, że mamy piątek. Trochę luźniejszy dzień. Poza tym, przez różne zdrowotne problemy przepadło mi za dużo piątków (czwartków zresztą też). I wreszcie – jutro jest sobota. Więc ten ostatni dzień tygodnia jakoś tam dam radę.

Coś jeszcze…? Nie wiem, na razie nie przychodzi mi nic do głowy. Powoli kończę śniadanie, jest szósta dwadzieścia trzy, autobus mam siódma jedenaście. Akurat trochę czasu żeby się ogarnąć, wypić sobie ekstremalnie gorącą herbatę i potem równie ciepły wspomniany fervex. Zabiorę też do pracy jedną torebkę. A może nawet i dwie? I dam rady. Na razie zresztą elektroniczny termometr gorączki nie pokazał. Więc chyba będzie dobrze. A w dodatku cały weekend w domu, nie mamy już teraz żadnych planów, wszystko odwołane, więc przeznaczam go na regenerację i odpoczynek. I mam nadzieję, że w poniedziałek już będzie dobrze.

A poza tym dzisiaj po pracy mam wizytę u mojego neurologa. Zaraz po ostatniej lekcji mając jakieś piętnaście minut popędzę co sił do naszego szpitala, w którym przyjmuje wspomniany lekarz. Kontrolna wizyta. Już Mama Sz. kombinowała, jak by mnie tu odebrać po tej wizycie, ale nie wiem, czy coś z tego wyjdzie – Szymon, chociaż już bez gorączki i innych paskudnych objawów choroby, powinien zostać w domu, a przecież sam nie zostanie. Zobaczymy, może jednak uda się coś wymyślić. A jak nie, to po prostu wrócę na piechotę (bo niestety na autobusy „miejskie” jeżdżące co półtora godziny [albo i rzadziej] niestety nie ma co liczyć). Dam sobie radę.

No i to gardło. Trochę boli przy przełykaniu. Nieznacznie, ale wystarczająco, by zwrócić uwagę. Jakaś masakra. Ale to przez tą głupią niby-zimę. Bo teoretycznie zima, a praktycznie temperatura kilka stopni wokół zera, raz na plusie, raz na minusie. Wszystkie bakterie i wirusy, zamiast powykańczać się na mrozie, szaleją w najlepsze. A potem „Tato, mam wiruska (i Ci go chętnie przekażę)”, heh.

O matko, jak ja marudzę. Normalnie coś okropnego. A to przecież tylko przeziębienie czy tam grypa. Koniec, nie ma żałości. Zresztą, to już Mama Sz. wielokrotnie mówiła, że nie jestem typem faceta, co to mając 36,8 stopni leży plackiem, umiera i wymaga ekstremalnej opieki. Kilka razy zresztą „oberwało” mi się od Mamy Sz., jak właśnie nie chciałem powalczyć z chorobą „jak trzeba”, tylko wziąłem leki i nic więcej z choroby sobie nie robiłem.

A poza tym wczoraj odebrałem sobie prezent dla siebie pod choinkę – od wczoraj moja ukochana Nokia C5-00.2 jest biała – wymieniłem obudowę. Ale przyznam, że klawiatura została oryginalna – powiedzmy sobie szczerze, że w obudowie za trzydzieści kilka złotych części nie będą idealnie spasowane ;). A sami na pewno przyznacie, że w moim telefonie klawiatura to najważniejsza część i musi być bez zarzutu, prawda ;) ? Zresztą – ten wpis też w całości powstał właśnie na telefonie. Jedynie opublikuję go z opóźnieniem, bo niestety mój komórkowy pakiet dostępu do Internetu z normalną prędkością powoli się wyczerpuje. A ponieważ jest już siódma trzy, a ja stoję na przystanku i jest zimno – wysyłam sobie Active Notes z wpisem na e-mail i chowam ręce do kieszeni ;).

Drogi pamiętniczku…

10 października 2013, 16:42.
… dzisiaj też chciałbym sobie palnąć w łeb.

No dobra, zamiast „też”, raczej „ewentualnie” albo „chyba”. Na razie „palnąłem” sobie ibupromem i czekam aż zacznie działać. Uwaga, marudzę. Strasznie i nudnie.

No bo dzisiaj czwartek, głowa boli mnie od paru godzin, w żołądku trawi się zapiekanka z osiedlowego sklepu, bo na śmierć zapomniałem, idąc po Szymona, kupić po drodze dla nas obiad. Mama Sz. na szybko zjadła parówki zamiast obiadu i popędziła, ja wspomnianą zapiekankę. I do osiemnastej trzydzieści razem z Szymkiem jesteśmy sami.

I właśnie jakoś tak humor mi dzisiaj dołuje. Jutro niby piątek. Czyli że pojutrze niby sobota. Niby, bo jakoś wyjątkowo mi to nie… nie, „nie pasuje”. Nie te słowa. Jakoś nie wpada w nastrój. Chyba po ostatniej, depresyjnej sobocie nie mam ochoty nigdzie jeździć. Ha, jeździć. Ja już przecież nie jeżdżę, jestem wożony. To też, mimo wszystko, w jakimś stopniu, jest powodem. Najlepiej by było zaszyć się w domu i nigdzie nie wychodzić.

Bo my mamy teraz, w sobotę, jechać do J.Ś. Mama Sz. będzie pracować w B.-B. w godzinach 8-14, a ja w tym czasie będę sobie siedział wraz z Szymonem u rodziców. Nie będę mógł pojechać sobie do żadnego handlowego centrum na kawę, czy po prostu połażenie po sklepach. Zresztą… chyba nie do końca miałbym na to nawet ochotę. Ostatnim razem, gdy chodziliśmy sobie po sklepach, czułem się… Hmm, może po prostu nie było to dokładnie w kategoriach „czucia się”. Chodzi mi o coś innego. Bo ja pracuję. Mama Sz. pracuje, poza podstawową pracą również dodatkowo. A mi najzwyczajniej w świecie po prostu szkoda wydać trzydzieści złotych na T-shirt. Pięćdziesiąt złotych za koszulę. Ceny w sklepach to jakiś kosmos. Normalnie już powoli odechciewa mi się chodzić sobie po galeriach. Następnym razem wezmę ze sobą tablet z ebookiem, siądę na ławce i będę czytał, podczas gdy Mama Sz. sobie pochodzi i poogląda. Albo i coś kupi, bo ceny damskich ciuchów niższe.

O matko, chyba mnie faktycznie ani chybi łapie jakaś depresja, o czym ja piszę? O cenach ciuchów w galeriach handlowych, heh. Daję sobie wirtualny strzał w policzek i zmieniam temat.

Ale właśnie dzisiaj taki mam nastrój mocno zdołowany. Nie wiem, czy to nadchodząca zima, czy fakt, że minął już prawie miesiąc od obudzenia się w szpitalu, czy wyjazd do rodziców, czy wreszcie ogólne uwiązanie totalne. A może coś całkiem innego? Niewyspanie, cały czas od lądowania w szpitalu bolące plecy, czy… Inne takie.

I znów – nieważne. Dzisiaj po prostu marudzę. Jutro na pewno będzie lepiej, bo – koniec końców – będzie ten piątek. Weekend to zawsze weekend. A teraz kończę, bo słyszę, że drzwiczki pralki kliknęły – a więc skończyła. Poza tym i tak już do dziewiętnastego października nie napiszę żadnego posta z tagiem „mobilnie” – po prostu jakimś cudem w tym miesiącu skończył mi się pakiet pół giga sieci w komórce i prędkość jest minimalna. Ledwie starczy, by symbianową Aktywną Notatkę z trudem przepchnąć przez maila do samego siebie celem publikacji z komputera…

No dobra, pranie wywieszone. Ale przyznaję, że to był absolutny rekord w szybkości rozwieszania. Minuta? Może, ale to była kwestia ilości prania. A teraz wysyłam Notkę na maila, opublikuję wieczorem i sięgam po taką jedną książkę, o której już dawno myślałem, tylko nie miałem motywacji, by poszukać.