Skarpety? Really?

Mocne espresso powoli miesza się z gorącym mlekiem w wysokiej szklance do Latte Machiatto, a ja siedzę, obserwując ten pysznie zapowiadający się proces. Do tego jeszcze kryształy brązowego cukru na gorącej, mlecznej pianie. Za kilka chwil długą łyżką pomieszam wszystko i poczuję doskonały smak ulubionej kawy.

Siedzę w kawiarni w galerii handlowej i pisząc na telefonie tego posta czuję się trochę jak zamknięty w jakiejś magicznej kuli, wewnątrz której inaczej płynie czas. Dlaczego? Wokół mnie nikt nie idzie powoli, każdy się śpieszy. Przedświąteczna gorączka zakupowa opanowała już wszystkich i wszystko. Pewnie za kilka dni usłyszymy po raz pierwszy raz coroczną obowiązkową piosenkę, która ze świętami wspólną tylko datę – bo właśnie w poprzednie święta kobieta odrzuciła nieszczęśliwie zakochanego w niej mężczyznę. I w rok później, też w święta, tenże mężczyzna chce pokochać kogoś innego. A my wszyscy i tak nie rozumiejąc smutnego przesłania z uśmiechem na ustach będziemy nucić pod nosem „Last Christmas”, robiąc świąteczne zakupy.

A propos zakupów i gorączki, to właśnie zobaczyłem, jak ze sklepu z zabawkami wyszła mama, ciągnąc za sobą płaczące dziecko. Szał zakupów rozpanoszył się na dobre. A ja i tak miałem dzisiaj szczęście – znalazłem miejsce parkingowe już przy drugiej pętli na najwyższym piętrze parkingu. I w zasadzie nie ma w tym nic dziwnego, tak naprawdę. Zawsze na święta sklepy prześcigają się w co większych „sale”, a po korytarzach handlowych galerii krążą Święci Mikołaje i jego pomocnice rozdając ulotki z kuponami na bonusy albo… super-okazyjnymi kredytami świątecznymi. Jasne, przecież nie każdy chce w prezencie dostać tytułowe skarpety – można wziąć kredyt na „wypasione” prezenty, by spłacać go potem kolejny rok do kolejnych świąt.

Ale z drugiej strony, szał zakupów powoli przenosi się też do domowych zaciszy, gdzie przy szumie wentylatora na procesorze i klikaniu myszki „dodajemy do koszyka” skuszeni darmową albo zmniejszoną przy zamówionych jednocześnie kilku produktach dostawą. Tak, zdecydowanie między internetowymi sklepami toczy się taka sama walka, jak między tymi „prawdziwymi”.

Cóż, widzę, że moje Latte już wystarczająco dobrze się wymieszało, więc czas zachwycić się smakiem wybornej kawy. Całe moje szczęście, że ja kliknąłem już kilkanaście dni wcześniej „dodaj do koszyka” i teraz mogę zamknąć się w mojej magicznej kuli, by zachwycić się magią świąt bez pośpiechu za prezentami i zakupami. Hmm, kawa smakuje jak zawsze wybornie, pita zupełnie bez pośpiechu.


Wpis dostępny jest w formie audio w aplikacji Audioblog Lite BETAGoogle Play - aplikacja Audioblog Light BETA

Samochód jako prezent na osiemnastkę?

Do tego wpisu zainspirowało mnie to zdjęcie facebookowiej społeczności Wrzucam na luz i zadane pod nim pytanie. I tak się właśnie zastanawiam, czy samochód, to dobry pomysł na prezent dla dziecka, które skończyło już osiemnaście lat? Przecież ta „magiczna” osiemnastka to nie jest żaden „pstryczek” który z nastolatka robi dorosłego mężczyznę. Pod zdjęciem pojawiło się sporo komentarzy, nastawionych zdecydowanie negatywnie, jak i pozytywnie do tego pomysłu. Też tam się wypowiedziałem, ale potem temat „zapuścił korzenie w mojej głowie” i zacząłem myśleć o tym więcej.

Auto na osiemnastkę – tak czy nie?

Chyba rację mają ci, którzy powiedzieli „tak”, jednak jednocześnie dokładając do takiej zgody sporo warunków i zastrzeżeń. W pierwszej kolejności, dlaczego ja osobiście jestem na tak? Bo im szybciej młody kierowca zacznie jeździć dużo i regularnie, tym szybciej zdobędzie doświadczenie i będzie umiał jeździć. Ale właśnie do tego trzeba dużo rozsądku – przede wszystkim ze strony rodziców.

Rozsądek i wychowanie – to podstawa

U młodego kierowcy najważniejszą rolą pełnią rodzice. Instruktor, który uczy fizycznie jeździć, raczej niewiele wiedzy i umiejętności przekaże – przeważnie, zaliczając kilkadziesiąt obowiązkowych jazd i teorii. Powiedzmy sobie szczerze – w naszym kraju nauka jazdy polega na przygotowaniu do zdaniu egzaminu i… nic więcej. To rodzice muszą przekazać wiedzę, doświadczenie i świadomość, że samochód to duża odpowiedzialność za swoje czyny. Dziecko, które tego się nauczy jeżdżąc jeszcze na foteliku będzie to pamiętało. Dzieciak, który jako czternastolatek, będzie widział, że tata jeździ kulturalnie, bezpiecznie i zdroworozsądkowo, tak samo będzie jeździł, gdy sam siądzie za kierownicą.

Jeśli już samochód, to…

Najlepiej sportowy, mocny i szybki. Koniecznie. Każdy z nas na pewno słyszał o wypadku, w którym młody chłopak albo dziewczyna, mający o wiele za mocny samochód i o wiele za krótko prawo jazdy utracili panowanie i doprowadzili do wypadku. Prawda? Dla młodego człowieka, osiemnastolatka samochód – w jego rozumieniu – bardzo często musi być mocny i sportowy, żeby koledzy zazdrościli, żeby się pokazać. Czy jednak się mylę? Chyba jednak po części nie.

…może z pomocą techniki?

Chyba pierwszym, który pojawił się na rynku z taką możliwością – o ile się nie mylę – jest Ford i jego System MyKey. To system, który umożliwia rodzicom zaprogramowanie kluczyka samochodu w taki sposób, by ograniczać różne opcje i możliwości auta – od prędkości, po wyłączenie elektronicznych systemów pomagających kierowcy. To jest świetne rozwiązanie, bo daje kontrolę nad tym, jak młody kierowca prowadzi samochód. Do tego dodałbym jeszcze jakiś GPS, który mógłby pokazać tacie kierowcy, którędy jechał i z jakimi prędkościami – bo nawet „czterdziestka” może być skrajnie niebezpieczna, prawda?

Czy samochód jest w ogóle potrzebny?

Czy samochód jako prezent dla osiemnastolatka jest w ogóle dobrym pomysłem? Cały czas się właśnie nad tym zastanawiam. Młodzi ludzie muszą się przemieszczać, dojeżdżać do szkół, uniwersytetów albo pracy. Czasem wystarczy komunikacja miejska, która zresztą – powiedzmy sobie szczerze – coraz częściej wygrywa za sprawą bus-pasów albo tramwajowych szyn. Czasem jednak wygodniejszy, szybszy, praktyczniejszy dojazd jest właśnie dzięki samochodowi. Wtedy niejako nie ma wyjścia, młody kierowca musi poruszać się własnym samochodem.

Masz samochód – zadbaj o niego

Samochód jako podarek to świetny sposób na to, by nauczyć młodego kierowcę nie tylko odpowiedzialności związanej z byciem kierowcą, ale chociażby finansami. I bynajmniej nie chodzi mi o tak podstawową rzecz, jak paliwo. Samochód wymaga przeglądów, napraw, ubezpieczenia. To świetny sposób na to, by nauczyć młodego kierowcę szacunku do sprzętu – doskonale pamiętam, że po zakupie swojego pierwszego w życiu zestawu opon do pierwszego samochodu nagle jakoś opony przestały popiskiwać przy ruszaniu – coś w tym jest, prawda?

Jak to było u mnie…?

Ha, prawo jazdy zrobiłem oczywiście maksymalnie szybko, kiedy tylko mogłem, tuż po przekroczeniu „magicznej” osiemnastki. Oczywiście, nie było mowy o żadnym samochodzie w ramach prezentu, tylko okazjonalne przejażdżki pod kontrolą ojca. Pierwsza samotna jazda była chyba dopiero w rok po zdobyciu upragnionego dokumentu. Wtedy pewnie byłem zły, wściekły, bo przecież „zdałem egzamin, umiem jeździć”.

Ja bym powiedział (napisał… ;) ) że raczej „umiem prowadzić” a nie „umiem jeździć”. Nikt nie nauczy się jeździć samochodem, w ruchu drogowym, w czasie kilkudziesięciu godzin jazd, w dodatku w trakcie których „L-ka” jako jedyny pojazd jeździ „pięćdziesiątką”.

Teraz, gdy mam za sobą ósmy rok codziennego jeżdżenia trzecim już z kolei samochodem jestem wdzięczny, że mój tata właśnie tak traktował moje początkowe jeżdżenie – wyłącznie pod jego kontrolą przez ponad rok od zdobycia prawa jazdy. I myślę, że tak samo postąpię, gdy Szymon za kilkanaście lat zdobędzie prawo jazdy i zacznie jeździć samochodem*.

*O ile oczywiście nie będziemy wszyscy jeździć samochodami Google’a z autopilotami ;).


Wpis dostępny jest w formie audio w aplikacji Audioblog Lite BETAGoogle Play - aplikacja Audioblog Light BETA