Dziesięć dni, czyli dwa tygodnie oraz o tym, jak przekonałem się do ecodrivingu…

Ostatni mój wpis pojawił się tutaj piętnastego lipca. Dziesięć dni temu, czyli dwa tygodnie robocze, że tak przekornie napiszę. Cóż, jakoś tak… przeleciało szybko. Pewnie dlatego, że w dniach 17-21 lipca robiłem codziennie w sumie około 60km dojeżdzając do i z miejsca pracy, spędzając tam całe dnie. Było… energetycznie. I męcząco. Chyba najlepiej mój stan codziennie po powrocie oddaje poniższy obrazek:

Ale też te codzienne dojazdy mnie trochę zainspirowały do „odkrywania Ameryki” tak naprawdę – bo przecież nie wpadłem na nic specjalnie odkrywczego. Ale jednak, mając w planach robienie codziennie sześćdziesięciu kilometrów, postanowiłem eksperymentalnie pojeździć maksymalnie „eco”. Chociaż szczerze mówiąc, nie było to w zasadzie nawet takie aż bardzo maksymalne „eco”. W zasadzie trzymałem się najbardziej dwóch głównych zasad: najwyższego z możliwych biegów przy najniższych możliwych obrotach oraz płynności jazdy. No, dołożyć do tego jeszcze mogę hamowanie silnikiem, ale w zasadzie to praktykuję już od zawsze tak bardzo, że ciężko byłoby mi korzystać z jazdy na „luzie”. Cóż, dzisiaj zatankowaliśmy wreszcie do pełna, więc smartfonowa aplikacja mogła przeliczyć średnie spalanie. Po moich dojazdach zrobiliśmy sobie jeszcze trwającą nieco ponad godzinę wycieczkę do Katowic, również jadąc „eco”. W sumie Fabianka nasza pokonała na pełnym zbiorniku – chyba po raz pierwszy – ponad 660 kilometrów. Niezły rekord. Średnie spalanie od poprzedniego tankowania do pełna? Z 8,37l/100km spadliśmy do 6,38l/100km. Niezły spadek, nie?

Cóż, wychodzi tutaj moja ciężka noga i nieekonomiczna miłość do czucia przyspieszenia ;). Ale… patrząc na to, ile można realnie rzeczywiście oszczędzić, chyba dałem się przekonać do jazdy zgodnie z zasadami ecodrivingu. Chociażby też dlatego, że… taka jazda bez pośpiechu, na psychicznym luzie męczy kierowcę o wiele mniej. A to, szczególnie w długich trasach, ma przecież niebagatelne znaczenie, prawda?

Wymieniać, czy nie wymieniać zamki w drzwiach?

Hmm, no właśnie, to pytanie jest. Nie będę znów wspominał o naszych planach, bo pisałem i nich nie raz, ale wraz ze zmianą miejsca zamieszkania pojawia się również wiele decyzji, jakie należy podjąć. My przy okazji będziemy sobie odświeżać wygląd wszystkiego wokół. To tak naprawdę sama radość – nowe meble, nowe kolory, nowe sprzęty.

Oczywiście, poza tym jest mnóstwo totalnie przyziemnych spraw. Chociażby takich, jak zwykła, prosta, banalna logistyka. Nawet, gdy odległość sięga tego samego osiedla. I tak trzeba zapakować wszystko do… busa? Bo nasza Fabianka raczej nie da rady, mimo wszystko. Nawet jeśli ostatnio wysprzątałem bagażnik ;-).

No a potem nadchodzi ten moment, kiedy przekazujemy sobie klucze i… można mieszkać :). I się cieszyć. I… zmienić zamki w drzwiach? Myślę, że warto. Tym bardziej, że tak naprawdę to nie są duże koszty. Nawet taka gerda.pl, która dla mnie jest chyba jedną z lepszych marek, jeśli nie najlepiej znaną co najmniej, nie są jakoś odrzucające jeśli chodzi o cenę. A przecież wydatek kilkuset nawet złotych na wymianę zamków w drzwiach, przy zakupie całego mieszkania nie stanowi jakiś wygórowany koszt, prawda? Przecież nigdy nie wiadomo, czy klucze, które zostały przekazane, są jedynym egzemplarzem ;).