I’m running in the rain…

run_rain

Pomiędzy jednym, a drugim kliknięciem klawisza laptopowej klawiatury wsłuchuję się w to, co za oknem. Cóż, to już naprawdę przestaje być zabawne. Naprawdę. Pada. Wciąż pada. Od ilu dni?  - pytam Mamę Sz., bo straciłem już rachubę. Sugeruje trzy z niepewną miną. Chyba tak. A może więcej? To nie ma zresztą aż tak wielkiego znaczenia. Znaczenie ma to, że pada niemal bez przerwy. Dzień, noc, poranek, wieczór, przed południem i po. Pada, pada, pada.

Codziennie rano i popołudniu widzimy ten sam obrazek: w połowie zakrętu schodzącego z niewielkiej górki jest studzienka kanalizacyjna, taka okrągła. Od kilku dni wybija z niej woda, przez otwory do jej wyciągania. Nie wysoko, na kilka, może kilkanaście centymetrów. Ale za to bez przerwy. A potem woda spływa w dół, szerokim na cały pas jezdni potokiem. Ironicznie pomyślałem sobie, że zatrzymam Fabiankę nad nią, umyje mi podwozie. Ale już zupełnie nieironicznie patrzę na graniczą rzekę. Dzisiaj widzieliśmy, wracając z małych zakupów, że jeszcze tylko… metr? Może półtora. I wyleje się. Chyba, że przestanie padać. Ale na to się nie zanosi.

A moje ciało domaga się biegania. Zabawne, że poszedłem pobiegać zaledwie… cztery, może pięć razy, a już zacząłem do tego tęsknić. O ile w ogóle bieganiem można nazwać 2-3 kilometrowe spacerki złożone z szybkiego marszu i powolnego truchtu na zmianę co 500m. Ale to dopiero początek. Za rok przez wakacje chcę biegać już na dystansie przynajmniej trzykrotnie większym. I faktycznie biegać, bez przechodzenia w spacer. Ale zobaczymy, jak się poukłada. Póki co, jestem naprawdę mocno do tego zdeterminowany. Do tego stopnia, że zacząłem szukać sobie po kolei najróżniejszych rzeczy do biegania. Najpewniej więc za kilka dni będę czekał już na przesyłkę ze sklepu supportart.pl, bo wbrew pierwszemu wrażeniu – ofercie typowo ochronnej odzieży i oferty dla firm – znalazłem tam kilka rzeczy wartych włożenia do wirtualnego „koszyka”. Zobaczymy

I tak naprawdę to chyba jeszcze trochę i pójdę pobiegać nawet w deszczu… Bo czekam. Zwłaszcza, że miałem takie piękne plany związane z długim weekendem. Ale cóż, plany są od tego, by je… weryfikować, prawda? Więc klikam na niebieski przycisk po prawej stronie i idę spać. Może jutro będzie lepiej?

Panie Owen, pan się chyba w grobie przewraca / Gdzie podziały się trzy ósemki?

Jest początek XIX wieku. Trwa w najlepsze rewolucja przemysłowa. Wszędzie powstają fabryki, w których przy wielkich maszynach pracują robotnicy. Pracują, produkując, tworząc, budując wszystko, co było na tamte czasy potrzebne ówczesnemu społeczeństwu. Pełen rozkwit normalnie. Tyle tylko, że właściciele fabryk chcą maksymalnie zwiększyć obroty, zyski i wydajność swoich zakładów. Wydaje się to zresztą całkiem logiczne. Niestety, zwykle robiono to kosztem robotników, których dzień pracy liczący kilkanaście godzin był normą – tak naprawdę nie zdawałem sobie do końca sprawy, że tak właśnie było.

Na szczęście wspomniany w tytule pan Owen, czyli faktycznie Robert Owen zauważył, że taka kilkunastogodzinna praca nie jest do końca dobrym rozwiązaniem. Od samego „dołu” pracując dzielnie od dziecięcego wieku pan Owen dorobił się zarówno pozycji, jak i finansów. Zresztą, nie chcę tutaj robić wykładu z historii, bo każdy z Was bez trudu wyśledzi historię Roberta Owena w Internecie. Chciałbym tylko wspomnieć o głównym efekcie jego walki o dobrobyt – jeśli tak mogę się wyrazić.

W zasadzie chyba – moim zdaniem całkowicie subiektywnym – najważniejsza data to rok 1833, w którym to pod jego przewodnictwem powstał pierwszy związek zawodowy - National Trade Union, który walczył między innymi o jedną z trzech wymienionych również w tytule ósemek – o osiem godzin pracy, co również było pomysłem Owena.

Oczywiście, jako motoryzacyjny fan nie mogę nie wspomnieć również o Henrym Fordzie. Związki związkami, strajki i postulaty również, jednak dopiero w 1914 roku właśnie Henry Ford wprowadził w swoich zakładach Forda w Stanach Zjednoczonych zasadę ośmiu godzin pracy. W dodatku w swojej firmie Ford dodatkowo podniósł pensje swoich pracowników. Szaleństwo, prawda? A jednak „w tym szaleństwie jest (była) metoda” – po dwóch latach zyski Forda podwoiły się i za jego przykładem osiem godzin pracy weszło na stałe do fabryk i zakładów. A pozostałe dwie ósemki?

Cóż, znów musimy wrócić do Roberta Owena, który proponował trójpodział doby dla klasy robotniczej: osiem godzin pracy, osiem godzin rekreacji, osiem godzin odpoczynku. I tak naprawdę taki podział dopiero miał sens, bo przecież cóż z tego, że robotnik wypracuje „normę” czternastu czy piętnastu godzin, skoro wróci do domu i przysłowiowo „padnie na twarz”, a jego zarobione pieniądze, zamiast krążyć po rynku, zostaną w kieszeni. Dzięki trzem ósemkom mamy czas na to, by odpocząć i wydać pieniądze, które zarobimy.

Cóż właśnie – przynajmniej w teorii. Cały ten wpis powstał tak naprawdę dobrych kilka dni temu w mojej głowie, gdy w górnym, prawym rogu ekranu mojego komputera (taaak, od czasów Windowsa 95 pasek „Start” mam przy górnej krawędzi ekranu ;-) ) była godzina 23:35, a ja siedziałem właśnie przed laptopem i co chwilę zza klawiatury zerkałem na Mamę Sz., która siedziała dokładnie po drugiej stronie również wpatrzona w ekran swojego komputera. I tak sobie właśnie pomyślałem, że teraz to nam gdzieś te ósemki uciekają – a pan Owen… no nie, może jednak się w grobie nie przewraca, ale pewnie żal mu jest, że system, który wywalczył pada na twarz (zmęczony po pracy ponad trójpodział…). Praca tylko osiem godzin? OK., z ręką na sercu i zegarkiem na nadgarstku czasami tej „czystej” pracy mam mniej niż osiem godzin, przyznaję. Ale potem zostaje jeszcze mnóstwo biurokracji, przygotowania, poszukiwania materiałów, przemyślania, planowania… Do tego rekreacja… Hmm… chyba można podciągnąć pod to obejrzany w telewizji albo na komputerze film raz, dwa razy w tygodniu. Albo moje popołudniowe / wieczorne bieganie z Szymonem raz to uciekającym mi raz to goniącym mnie na hulajnodze. Książka? Cóż, odkąd mój czytnik miał wypadek i musiałem przerzucić się na tablet, jakoś nie mam do tego głowy (i pewnie oczu też ;-) ). No i te ostatnie osiem godzin przeznaczone na odpoczynek, czyli na spanie. Oj, nie pamiętam, kiedy położyliśmy się spać przed 23:00. A nasze komórki zaczynają dzwonić przed szóstą rano – również w weekendy. Czyli codziennie mamy kilka godzin w plecy. Normalnie te trzy ósemki to utopia chyba jakaś…

No dobrze… Dzisiaj jest niedziela, za to chyba jakaś taka szczęśliwsza (mam nadzieję) w tym temacie, bo jest ledwie wpół do dziesiątej PM a my w zasadzie nie mamy już za wiele do zrobienia na jutro. Chociaż ostatnio coraz częściej łapię się na takiej myśli, że jak wydaje mi się, że już wszystko zrobiłem, to jestem przekonany, że o czymś zapomniałem ;-). A jak jest u Was z tymi ósemkami?