Być jak Ryan Gosling…

…nie, nie chodzi mi wcale o roztańczonego i rozmarzonego jazzowego pianistę z filmu „Kra Kra Kraj” „La La Land”, lecz o zupełnie inną postać, chociaż oczywiście graną przez tego samego aktora. Ale po kolei…

Poszliśmy z Mamą Sz. do kina. Do wyboru mieliśmy „Powidoki” albo „La La Land” właśnie. Uznaliśmy, że skoro to był środek tygodnia, to trzeba było się nam „odmóżdżyć” i wybraliśmy coś lekkiego, co już się nam zresztą obiło wcześniej o uszy czyli ten drugi film. Zakupiliśmy bilety, film się zaczął, korek, samochody… i moja konsternacja oraz pytanie „to jest musical?!” Taaak, nie wiedziałem, jakoś nie skojarzyłem tytułu ze śpiewaniem. Nie, żebym nie lubił musicali… W końcu na „Mamma Mia!” ubawiłem się świetnie. Gdy zobaczyłem tańczącego i śpiewającego agenta Jej Królewskiej Mości Pierce’a Brosnana… No kto się nie uśmiechnie przecież, nie :D ?

A „La La Land”? Och, podobał mi się strasznie. Muzyka! Jest świetna. Doskonała, chociaż nie miałem wcześniej wiele wspólnego z tym gatunkiem. Do tego aktorska gra, aktorski taniec, praca kamery, sam scenariusz. No cholera, to jest dobre! To po prostu jest dobry film! Bardzo dobry! Jeżeli nie dostanie przynajmniej połowy z tych Oscarów, do których jest nominowany, to chyba utracę wiarę… A poza tym spodobał się nam również Gosling. I zaczęliśmy oglądać inne filmy z nim. Najpierw był „Słaby punkt”, w którym Gosling pięknie zagrał u boku samego Anthony’ego Hopkinsa, a potem… potem trafiliśmy na TO. Ja trafiłem szczególnie, bo i mnie szczególnie „trafiło”. Wizualnie i muzycznie.

Czy to nie piękne jest…? Ech, dla mnie nieziemsko. Każda sekunda z tych dwóch minut i czterdziestu pięciu sekund jest dla mnie idealnie dopracowana, pięknie zespolona z muzyki, zdjęć, aktora. Pięknie. Do tego stopnia, że mam już utwór, jaki słychać w tej scenie na płycie w naszej Fabiance. I ostatnio miałem okazję być jak Ryan Gosling, gdy jeździłem po Moim Pierwszym Mieście późno w nocy, jadąc po Mamę Sz. na dworzec PKP. A potem wracając do domu, prawie dwadzieścia kilometrów na godzinę poniżej maksymalnej dopuszczalnej, spokojnie. Muszę przyznać, że dawno już muzyczny utwór nie wpłynął na mnie tak bardzo, jak ten. Chyba od czasu… czegoś zupełnie, ale to zupełnie przeciwnego. Mam na myśli…

Ale z kolei tego kawałka nie powinienem słuchać w samochodzie. Zdecydowanie bardzo nie powinienem ;).

A naszym drugim zwierzątkiem będzie…

No bo tak właściwie, to dlaczego by nie rybki? Nasza Panda (czyt. chomik syryjski, który takie a nie inne imię nosi z uwagi na swoje czarno-białe futerko) dzisiaj dostała nowy pakiet trocin, wraz z wymyciem całej wanienki pod klatką. Oczywiście, była zaangażowana cała rodzinka – Mama Sz. w łazience myła części, jakie Panda ma do dyspozycji w klatce (czyli kółko do biegania, drabinka i podest – dzięki temu Panda może sobie zwiedzić pięterko, na którym zresztą ma miskę z jedzeniem ;) ), Szymon odnosił i przynosił części na trasie pokój-łazienka a ja rozkładałem i składałem to wszystko w całość. Oczywiście Panda w tym czasie mniej lub bardziej (na razie bardziej jeszcze…) dręczona była przez Szymona, zamkniętą będąc w o wiele mniejszej, transportowo-przechowywawczej klatce. Potem jeszcze Szymek pomagał mi w dokładaniu nowych trocin do wanienki, rozdrabniając sprasowane na twardego klocka trociny z paczki, aż wreszcie wziął tego naszego małego gryzonia na ręce, by trochę go znów pomęczyć się z nim pobawić i wpakował do klatki. Bo ta nasza Panda to już oswojona jest trochę. A z każdym dniem nawet coraz bardziej.

Panda, jak to Panda, po takiej zmianie, znów musiała trochę pogonić tu i tam, zorientować się, co zostało przesunięte w jej królestwie i na które miejsce, aż w końcu rzuciła się na swój przysmak ulubiony, czyli pałkę oklejoną nasionkami. A potem jeszcze był też kawałek jabłka i plasterek marchewki. Nie ma co, warunki w pełni kompletne ma ta nasza Panda do życia. No Panda jest Pandą, a ostatnio padło u nas pytanie o jeszcze jakieś inne zwierzątko domowe.

Cóż, moja alergia na kocią sierść eliminuje całkowicie i nieodwołalnie tego zwierzaka, którego od jakiegoś czasu bardzo chciałbym mieć… A posiadanie kota który ma futro po złej stronie skóry i kosztuje tyle, co samochód, za jakim patrzyłem w charakterze drugiego pojazdu tylko dla mnie, odpada całkowicie. Więc pomysł padł na… oczywiście chyba podstawowe zwierzątko, jakie prędzej, czy później, a zwykle prędzej trafia pod dachy, czyli rybki. Co prawda, jeszcze nie zdecydowaliśmy na sto procent, ale… Wracając do pierwszego zdania z tego wpisu: bo tak właściwie, dlaczego by nie rybki?

Myślę, że hodowla rybek jest jest jedną z najprostszych do utrzymania, na starcie. Same zwierzątka nie wymagają przecież poświęcenia zbyt dużo czasu ani uwagi – nie trzeba z nimi wychodzić na spacery, nie trzeba głaskać, gdy akurat wpakują się na kolana, nie hałasują w nocy, trzeba tylko dbać, by miały świeżą wodę oraz dobrą karmę. To nie może być trudne. Sam w dzieciństwie przerabiałem kilka razy temat różnych rybek i rzeczywiście nie było to kłopotliwe zwierzątko, a w pewnym sensie nawet można było się w takiego Bojownika zapatrzeć, jak sobie pływał spokojnie tu i tam. I odstresować. Zwłaszcza, że teraz jest o wiele łatwiej nawet „wystartować” od zera. Bardzo łatwo można znaleźć w sklepach z akcesoriami dla zwierzaków najróżniejsze zestawy. Zdjęcie na początku mojego postu pochodzi ze strony
http://www.plantica.pl/
i stanowi świetny przykład „start-packa” dla kogoś, kto chce wystartować z hodowlą rybek. Nie jest zbyt drogi, a do tego poza oczywiście podstawowym wyposażeniem takim jak grzałka, pokrywa z filrem czy termometrem ma „w pakiecie” również poradnik, oraz posiłek ;) dla naszych pierwszych rybek. Można zaczynać? Można ;P.

I nie wiem właśnie, czy to nie jest tak do końca zły pomysł z tymi rybkami. Stałoby sobie takie akwarium na półce, bulgotało pompką, a rybki pływały by sobie gdzieś pomiędzy roślinkami. Ach, no i oczywiście nie mogłoby zabraknąć pirackiego okrętu, z dziurą w burcie, na wpół wgniecionego w wysypane kamyczkami dno. Hmm… Plan mamy, teraz trzeba poczekać na jego realizację ;-).