Czy ktoś tu robi remont?

Do wpisu dzisiejszego zainspirowała mnie znajoma, chwaląc się niedawno rozpoczętym u siebie remontem. Hmm… U nas też był remont. Chociaż w zasadzie remont, to chyba za dużo powiedziane. Remoncik. Odświeżenie. Albo mała zmiana.

Zmieniliśmy „nieco” wygląd przedpokoju. Ot, pojawiła się nowa farba na ścianach i kawałek tapety za wieszakiem na ubrania (heh, przypomniały się czasy PRL-wych tapety, walki z nimi i błagania, by wreszcie zaczęły się kleić – albo wręcz odwrotnie – mozolne ich zrywanie po poprzednich właścicielach mieszkania ;) ). Taki malutki restyling. I po raz kolejny miałem okazję zauważyć, jak bardzo łatwo można zmienić wygląd każdego pokoju, mieszkania, domu czy przedmiotu. Wystarczy odpowiedni dodatek, chociażby na ścianę czy okno.

Sporo takich właśnie całkiem ładnych – żeby nie powiedzieć, że luksusowych – dodatków można znaleźć na stronie 
http://ardeko24.pl/
, na którą trafiłem i sobie przejrzałem. Sporo tam jest chociażby tapet – w najróżniejszych gatunkach. Akurat piszę o tapetach, bo pamiętam, jakie mieliśmy kłopoty natury wyborowo-decyzyjnej przy aranżacji wnętrza naszego przedpokoju – przez dobre kilka minut gapiliśmy się niczym ciele w malowane wrota w wystawkę najróżniejszych wzorów tapet (wiedząc, że potrzebujemy jednego paska za wieszak, na którym i tak będą prawie zawsze wisiały ubrania…) by wreszcie pojechać do innego sklepu, by potem… wrócić do tego pierwszego. Heh. W każdym razie, na stronie wspomnianego sklepu wybór samych tapet jest o wiele większy. Zresztą, tam można znaleźć nie tylko tapety, do których tak się dzisiaj przykleiłem. Rolety na okna, tkaniny do obicia mebli, a nawet… AGD chociaż ograniczone (nie wiem, czy to wada, czy zaleta…) do marki Miele.

Cóż, remont restyling naszego przedpokoju jest zakończony, ale zdajemy sobie sprawę, że kilka rzeczy w całym naszym mieszkaniu można by zmienić. Albo odmalować. Albo właśnie nakleić fototapetę. No dobra, to ostatnie to nie, nie nasz styl. Ale pewnie każdy z Was ma swój własny. I o to chyba chodzi, nie?

Czy nauka języków obcych odejdzie do lamusa?

Szymon uczy się w szkole angielskiego. Mój angielski trochę leży i (trochę bardziej ;) ) kwiczy, nie używany od wielu lat niestety, poza wakacyjno-hotelowym minimum. A przecież języki trzeba znać. Należy. Patrząc na to, że mieszkam, gdzie mieszkam, kiedyś tam myślałem nawet o języku czeskim. Ale zastanawiam się, jak szybko musiałbym zrezygnować, wymiękając ze śmiechu nad tymże językiem. Przecież język czeski jest niesamowicie zabawny. Ostatnio Szymon dostał w czeskim Tesco książeczkę związaną z myciem zębów i ogólnie dbaniem o uzębienie. I co?

Są dzieci które myją zęby i takie, które nie myją. Do mycia zębów używamy szczoteczki do zębów.” / „Existují děti, které si čistí zuby, a ty, které nemají umýt. Čistit zuby pomocí zubního kartáčku„.

To tylko dwa zdania, z których szczerze się z Mamą Sz. uśmialiśmy. Więc właśnie – język czeski jest po prostu zabawny. Śmieszny, przynajmniej dla nas – Polaków. Ciekawe, czy Czesi tak samo śmieją się z naszego języka? Albo naszych słów? Ciekawe.

Albo na przykład taki hiszpański. Generalnie nie miałem nigdy do czynienia z hiszpańskim, jakoś tak… kompletnie nie te „klimaty”. Do czasu… Do czasu gdy obejrzałem film „Vicky Cristina Barcelona. Była tam scena, która sprawiła, że zwróciłem baczną uwagę na język hiszpański. I nie, nie była to scena w ciemni fotograficznej, gdzie dwie główne bohaterki dają sobie romantycznego całusa, tylko o scenę, w której Javier Bardem oraz Penélope Cruz kłócą się po hiszpańsku. Oczywiście, wtedy dla mnie pozostały tylko napisy, tym niemniej jednak hiszpańskie słowa, wyrzucane z prędkością karabinowych kul, wypełnione emocjami, trafiły we mnie w sam środek i zapadły w pamięć.

Tylko… Ostatnio przy małym spotkaniu przy kawie Szwagier zasugerował mi coś, co być może wkrótce stanie się prawą. Bo tak naprawdę… Czy wkrótce będziemy jeszcze potrzebować umiejętności dzisiaj tak podstawowej, jak znajomość języków obcych? Aplikacja Google na smartfony już dzisiaj tłumaczy napisy „na żywo”, pokazując na ekranie tłumaczenie. Mało tego, na dniach Google testuje oprogramowanie, która będzie czytała słowa z ruchu ust. Czyli co za kilka(naście) lat będziemy w obcym kraju na wakacjach i chcąc o cokolwiek zapytać, wyciągniemy smartofna, po czym powiemy zdanie w naszym ojczystym języku, smartfon zaś odczyta, przetłumaczy i wypowie w języku, którego potrzebujemy. Potem nagra odpowiedź, przetłumaczy i usłyszymy odpowiedź znów w naszym języku. Elektroniczny tłumacz „live”. Chyba na tym się skończy…