Jura Krakowsko – Częstochowska – Pustynia Błędowska i Zamek w Ogrodzieńcu

Dzień trzeci i czwarty podsumuję już w jednym wpisie. Z powodu upałów, jakie dały nam się we znaki, zrezygnowaliśmy z zaplanowanego wcześniej Parku Rozrywki w Ogrodzieńcu na rzecz jakiegoś basenu albo aquaparku. Uznaliśmy, że schłodzenie się w wodzie będzie lepszym wyjściem. Taki aquapark znaleźliśmy całkiem blisko naszej „miejscówki” – był to Park Wodny Jura w Łazach. Niespecjalnie duży, ale z atrakcjami dla dzieci najmłodszych, po te najstarsze. Szymon zarówno popływał w głębokim basenie, w którym nie czuł już dna pod stopami, jak i poskakał zanurzony po szyję w płytszej części. Było bardzo na luzie, również z powodu dość wczesnej godziny naszej wizyty tam i niewielkiej ilości klientów. Cena również była bardzo atrakcyjna, polecamy, jeżeli ktoś będzie w tamtych okolicach.

Wracając już do Ogrodzieńca postanowiliśmy zajrzeć jeszcze na Pustynię Błędowską. Po dojechaniu do Punktu Widokowego Dąbrówka mogliśmy popatrzeć na ogromną przestrzeń pustyni, która zrobiła na naszej dwójce ogromne wrażenie. No i ten ciągły, nieustający, chłodny i orzeźwiający podmuch od strony pustyni… A czemu tylko na naszej dwójce? Cóż, Szymon wysiadł z auta, popatrzył, skrzywił się, po czym wyrzucił z siebie słowa pełne zawodu: „Co? I to ma być pustynia? Co to za pustynia bez kaktusów?”. Cóż, moim zdaniem, parafrazując znaną wypowiedź: „Kaktusów nie ma, ale i tak było zaj…cie” ;-). Zresztą, oceńcie sami:

Wieczorem, tego samego, trzeciego dnia mieliśmy również zaplanowane wyjście na Wakacje z Duchami. Bilety już dawno były wykupione on-line, wydrukowane, czekały na realizację. Pozostało tylko zebrać się na 21-tą i pojechać. Niestety… plany te przeszkodził nam brzuch Szymona, który ogłosił bunt i zaczął boleć. Nie pojechaliśmy, zostaliśmy w pokoju i męczyliśmy się z cierpieniami. Ale nie ma tego złego, bo Szymon po raz pierwszy w życiu przyjął tabletkę. A potem obudził się o trzeciej w nocy i stwierdził, że „tabletka była dobra, bo brzuszek nie boli” i zasnął znów. Czyżby kolejny, milowy krok w ewentualnych przyszłych walkach z chorobami? Oby!

Czwarty dzień był dniem wyjazdu. Zanim jednak ruszyliśmy w drogę powrotną, chcieliśmy jeszcze odwiedzić Zamek w Ogrodzieńcu, tym bardziej, że zaczynał się rycerski turniej. Dość szybko więc wymeldowaliśmy się z pokoju, po czym pojechaliśmy. Zamek w Ogrodzieńcu, mimo że funkcjonuje w dużej części w formie ruin, ma wytyczoną jednokierunkową ścieżkę zwiedzania, po której mogliśmy przejść. A potem mieliśmy okazję obejrzeć różne drużyny z grup rekonstrukcyjnych:

I… już. Powrót do domu. Czy było udanie? Myślę, że tak. Małe podsumowanie całości jeszcze będzie ;-).

Jura Krakowsko – Częstochowska – Ojców

Drugi dzień wakacji zaczął się od… niewyspania. Okazało się, że nasze miejsce noclegowe leży przy głównej drodze przelotowej przez Ogrodzieniec i… auta jeździły nam za oknem przez cały czas, a z powodu temperatury musieliśmy mieć okno otwarte. Także… było ciężko. Ale daliśmy radę, w końcu nocleg, to tylko nocleg.

Na drugi dzień mieliśmy zaplanowany w pierwszej kolejności Zamek w Pieskowej Skale oraz Maczugę Herkulesa. Zamek w Pieskowej Skale zwiedziliśmy, spokojnie zwiedzając poszczególne sale i oglądając eksponaty, ale nie oszukujmy się, z Szymonem u boku niestety nie mogliśmy pozwolić sobie na poświęcenie tyle czasu temu obiektowi, ile byśmy chcieli. Potem było tylko przejście pod  Maczugę Herkulesa i powrót do samochodu, by wyruszyć do Ojcowa.

Zamek w Pieskowej Skale:

Maczuga Herkulesa:

Po przyjeździe do Ojcowa, na ustalony wcześniej parking blisko Zamku w Ojcowie tak naprawdę musieliśmy się wycofać kilka km od Ojcowa z powodu braku miejsc. Ponieważ była tak naprawdę pora około obiadowa, zatrzymaliśmy się na obiad. Bez pośpiechu zupełnie, na luzie, trochę przeczekaliśmy i potem zrobiliśmy drugie podejście. Na zalinkowanym powyżej parkingu złapaliśmy się na… ostatnie dwa wolne miejsca. Fabianka weszła na szerokość lusterek w lukę i mogliśmy zacząć zwiedzanie.

W pierwszej kolejności skierowaliśmy się ku jaskiniom. Muszę tutaj dodać, że tego dnia upał był naprawdę nieziemski, więc gdy wreszcie dowlekliśmy się pod same wejście jaskini, byliśmy wykończeni. Na szczęście Jaskinia Ciemna przywitała nas stałym chłodem na poziomie ośmiu stopni i wilgotnością jakiś 90% – KONIECZNIE trzeba zabrać ze sobą jakiś ciuch do założenia (ja nie żałowałem, że zabrałem ze sobą najcieplejszego polara…). Spacer po jaskini przez kilkanaście minut dał chwilę wytchnienia. Potem jeszcze podeszliśmy nieco wyżej, zobaczyć Rękawicę i potem znów w dół. W planach była również Jaskinia Łokietka, ale… cóż, nie daliśmy rady. Dotarliśmy tylko do Bramy Krakowskiej i zdecydowaliśmy się na urlop. Być może bez Szymona, z większym zapasem wody czy też przy mniejszym upale dałoby się to zrobić, ale… cóż, pogoda nas wykończyła. Z tego samego powodu zrezygnowaliśmy też ze zwiedzania zamku w Ojcowie, podeszliśmy tylko pod jego bramę.

Rękawica widoczna znad wejścia do Jaskini Ciemnej:

Brama prowadząca do zamku w Ojcowie: