Sì, sì, questo fine settimana ha avuto molto successo…

Cóż, podjąłem ryzyko, mam nadzieję, że tytuł posta został przetłumaczony przez tłumacza google prawidłowo… Cóż, włoskiego języka niestety nie znam, a przecież właśnie nie mogę napisać inaczej, niż tylko „tak, tak, ten weekend był bardzo udany”.

Bo był. Chociaż oczywiście, jak to weekendy u mnie ostatnio, nie od samego początku… No bo jak weekend może być udany, gdy ma się zjazd na studiach, nie ;) ? Zamiast spać do oporu, trzeba zerwać się wcześnie rano, wciągnąć jakieś śniadanie i ruszyć w miasto, które jeszcze śpi (no dobra, nie spało, w sobotę w Moim Mieście jest targ i generalnie rano wcześnie zawsze wstaje [Miasto w sensie ;P ] ). W każdym razie właśnie – wczesna pobudka. A Mama Sz. wraz z Szymonkiem mogli zostać w domu. Przynajmniej nieco dłużej. Ja miałem załatwiony transport dzięki uprzejmości koleżanki z grupy, więc Fabianka została do dyspozycji Mojej Drugiej Połówki. Na szczęście już od piątku był plan, plan powiązany w jakimś stopniu z dzisiejszym, włoskim tytułem.

Jakiś czas temu Mama Sz. była w niedalekiej miejscowości, U., w „prawdziwie włoskiej” pizzerii. Ponieważ lokal zrobił na niej bardzo dobre wrażenie, wybraliśmy się tam razem, oczywiście z Szymonem. A że U. jest wypoczynkową miejscowością, plan był również taki, by trochę pospacerować. Mama Sz. odebrała mnie więc z Mojego Miasta po zakończonych zajęciach, zamieniliśmy się miejscami za kierownicą i ruszyliśmy.

Po dojechaniu na miejsce niestety muszę stwierdzić, że trochę się przeliczyliśmy – temperaturowo. Mimo, że przez szyby samochodu świeciło i grzało słońce, na zewnątrz stalowo-szklanej skorupki na kółkach było dość… mizernie. Wiatr wiał, drzewa co chwilę rzucały cień, ogólnie zimno. Wymarzliśmy. Tym chętniej w końcu ruszyliśmy do restauracji o wdzięcznej nazwie „Si Si” (czyli już wiecie, skąd taki tytuł ;P ) dzięki przesuniętej telefonicznie rezerwacji o godzinę wcześniej.

Restauracja zrobiła na mnie bardzo miłe wrażenie. Utrzymana w zdecydowanie włoskim stylu, z włoską muzyką, z odpowiednimi, klimatycznymi zdjęciami z bardzo miłą obsługą i śliczną białą Vespą w bocznej sali naprawdę mogła się podobać. I nam się spodobała.

A jedzenie? Cóż można zamówić we włoskiej restauracji? Pizzę oczywiście. Więc właśnie to zamówiliśmy. A potem jeszcze deser w postaci lodów z orzechami włoskimi podane na „czekoladowej ziemi” z dodatkiem kiszonych owoców (jako nowość i eksperyment, do którego dołączył kucharz wyjaśniający dlaczego tak i potem proszący o opinię…). Nie będę tutaj robił kulinarno-krytykowego wpisu ;), ale napisać tylko muszę, że po tym wszystkim stwierdzam, że naprawdę warto się tam przejechać. Polecam. Zwłaszcza, że nawet same ceny, gdy spojrzymy na samo centrum turystycznej miejscowości oraz to, że była to zdecydowanie restauracja, a nie byle tam pizzeria, ceny były bardzo przystępne. Sobota spędzona więc zdecydowanie na plus, z późnym powrotem do domu.

A potem jeszcze słowa Szymona, będące taką małą wisienką na torcie, który to z uśmiechem powiedział właśnie to, co napisałem w tytule (chociaż oczywiście w naszym rodzimym języku, na włoski to go jeszcze nie wysłaliśmy ;-) ). A jak ja sobie pomyślę, że mogłem po prostu poszwendać się z Mamą Sz., zamiast gonić między pracą, domem, zajęciami, kompletnie na luzie. Nie pamiętam, kiedy sobie taki wypad zrobiliśmy ostatnim razem… Więc nam trzeba to koniecznie znów nadrobić. Dla psychicznego zdrowia.

No, a teraz, ponieważ jest już 22:02, wracam do rzeczywistości i biorę się za pracę, wszak jutro poniedziałek. A chciałbym znów zerknąć chociaż na moment i na kilka(naście) słów do mojego Samotnika

Podobno dzisiaj piątek ale kto by tam wierzył kalendarzom…

No właśnie, kto? Ja tego jakoś kompletnie nie czuję. Niby piątek. Niby jutro weekend. A w … nos mi taki weekend. Zmiana czasu będzie. Studia będą. W dodatku z egzaminem.

Ale pocieszające jest, że została mi tylko jedna rata za studia. I za nieszczęsny czytnik książek. Więc zostaną tylko jedne studia już. Ależ będę wykształcony! Tak bardzo że ho-ho!

A poza tym to pogoda kiepska. Wczytaj było całkiem ładnie, aż z Mamą Sz. postanowiliśmy zjeść coś na mieście. Tyle, że koniec końców skończyło się tylko na spacerze. Jakoś chyba za mało opcji wyboru… Znów (ukochane moje) sushi? Nie, przy tej cenie za sushi zdecydowanie muszę mieć wyjątkowego smaka na ten posiłek. Więc odłożyliśmy jedzenie poza domem na inny dzień. Być może na jutro?

A teraz patrzę na ubiegający czas, na mój zegarek. I zdaję sobie sprawę, że w ten weekend zostaniemy bezlitośnie okradzieni z jakże cennej godziny. Nagle z szóstej rano zrobi się siódma. I będę musiał gwałtownie przyspieszyć, by zdążyć na egzamin. Dramat.

Ciekawe, czy mój zegarek się przestawi na czas? Stary, dziesięcioletni prawie Casio, gdzieś między trzecią, a czwartą rano powinien odebrać sygnał i cofnąć wskazówki o godzinę. No właśnie, zegarek… Stary, dziesięcioletni prawie Casio. Dla mnie bezcenny, bo otrzymany kilka dni przed ślubem od narzeczonej. Noszę codziennie, w pracy i zegarek ma już na sobie ślady użytkowania. Ale zauważyć te kilka mini-rys na szkle, trzeba się mocno przyjrzeć. A jednak mimo to wiem, że kiedyś trzeba go będzie wymienić. A wtedy on pójdzie na półkę za szybkę ku pamięci a nowy będzie na ręce. Tylko jaki nowy?

Oczywiście jako niepoprawny gadżeciarz w pierwszej kolejności popatrzyłem oczywiście na smartwatche. Ale cóż… Byłby to pewnie kolejny gadżet, który musiałby być codziennie wieczorem ładowany i pewnie w dodatku wyposażony w kartę SIM gwarantującą dostęp do sieci. Chociaż może wystarczył by mój telefon w charakterze routera lub Bluetooth? Nieważne, jak szybko pojawił mi się pomysł na smartwatcha, tak szybko zniknął. Wolałem rozwiązanie klasyczne.

Przez jakiś czas patrzyłem na różne zegarki wystawione w różnych witrynach handlowych galerii, ale jakoś mnie nie przekonał żaden z nich. Cóż, pewnie ceną i… wielkością. Wszystkie te zegarki są ogromne, zupełnie nie pasujące do mojej ręki – a przecież nie mam jakoś specjalnie chudej ręki. Na szczęście na stronie czaszegarkow.pl można znaleźć zegarki… Chyba dosłownie wszystkie. I nie mam tu na myśli tylko podziału damsko-męskiego, ale też cenowy czy markowy – ceny zaczynają się na wartościach dwucyfrowych, a kończą na… liczbach liczących siedem cyfr (!). Chyba nie zdawałem sobie sprawy, że istnieją zegarki w takich cenach… To znaczy, zdawać sobie sprawę to jedno, a zobaczyć w sklepie to drugie ;-). W każdym razie – cóż, kusi mnie wymiana cyferblatu na coś nowego. Ale wtedy koniecznie z odpowiednim grawerem na spodzie ;-).

A teraz już kończę i czekając, aż Szymon skończy dodatkowe zajęcia walczę z opadającymi powiekami…