Jesteśmy zapudłowani…

Człowiek jest chomikiem. Cóż, pewnie wielu z Was doskonale sobie z tego zdawało sprawę, ja się utwierdziłem w tym przekonaniu. Nieuchronnie zbliża się termin naszej przeprowadzki pod nowy adres. I zaczęliśmy się powoli pakować. Boże… jak to jest, że jak nie dzieje się nic, to kompletnie nic, a jak coś, to wszystko na raz?

Niespodziewanie niemal dla siebie z jednego wyjazdu w tygodniu do BB zrobiły się trzy. W tym jeden sobotni. Do tego jeszcze dodatkowe kilka godzin na miejscu. I z fajnej pracy pełnej dziur i okien na załatwianie najróżniejszych spraw (choćby urzędowych) zrobiło się zasuwanie z jednego do trzeciego przez drugie (kochany wtorek…) z pilnym poszukiwaniem drugiego samochodu.

Ale nie narzekam. Ba, tak naprawdę to jest super. Cieszę się. Nowi ludzie, nowe miejsca, nowe doświadczenia. Jest fajnie. Tyle, że czasem wymaga wszystko to trochę gonienia. Ale dajemy radę (póki co).

Tyle, że nie o tym miał być dzisiejszy wpis. Otóż właśnie… Jesteśmy zapudłowani. Mamy w mieszkaniu już kilkanaście pudeł gotowych do eksportu. A dzisiaj wieczorem, korzystając z tego, że Szymek od wczoraj jest w J.Ś. u Dziadków, wzięliśmy się za piwnicę. Dwie godziny wynoszenia i jest nieźle ;-). Niezbędne rzeczy pozostały, gotowe na przeniesienie do nowego miejsca. A my czekamy. W przyszłym tygodniu ostatnie dokumenty, w weekend przeprowadzka i za dwa tygodnie podpisanie umowy najpierw jednej, potem drugiej. I zmiana.

Myślę, że to już będzie taka ostateczna zmiana. Docelowa, na zawsze. Jeden pokój więcej i tak naprawdę nie będziemy potrzebowali niczego większego. Ale nostalgia chyba jakaś tam zostanie. No bo to obecne, nasze, było tym pierwszym. Coś jak samochód dla mnie. Ten pierwszy zawsze będzie miło wspominany. Bo przecież był tym – właśnie – pierwszym. Następne były lepsze, szybsze, lepiej wyposażone, a jednak – pierwszy to pierwszy. I pewnie z mieszkaniem też tak będzie.

Więc – jesteśmy zapudłowani. I czekamy na ostatnie chwile. Jutro pakujemy resztę. Książki. Dwie z czterech szafek już puste (albo pełne, zależy, jak patrzeć). Czekamy i chcemy, by było już „za miesiąc”.

No i cieszymy się. Dziesięć lat temu i jeden dzień, 15 września 2007r. stwierdziliśmy, że jednak chyba ze sobą wytrzymaliśmy i nałożyliśmy sobie na paluszki obrączki. Kupa czasu, który uciekł tak, że nawet nie zauważyłem kiedy. Szybko, o wiele chyba za szybko. Ale tak z czasem jest, nie? Gdy patrzysz na zegar, czekając dziesięć minut, aż ugotują się jajka na twardo, by wraz z majonezem zrobić sobie jajeczną pastę, to po godzinie wreszcie mija te dziesięć minut. A gdy na chwilę idziesz do piwnicy, by „trochę ogarnąć”, dziesięć minut później mijają dwie godziny. Czas to łobuz.

Trzy, dwa, jeden, cztery, start!

No właśnie, cztery, bo przecież dzisiaj czwarty września. Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie Ministerstwo Edukacji Narodowej zafundowało trochę dłuższe wakacje i wystartowaliśmy w poniedziałek, czwartego września. No, my jak my, to znaczy ci, których kalendarz generalnie bardziej zaczyna się z początkiem września i kończy wraz z czerwcem – czy to z powodów zawodowych czy też z powodów… tak samo zawodowych, bo uważam, że bycie uczniem to również w jakimś stopniu zawód i praca – mająca na celu zdobycie konkretnych korzyści (niekoniecznie majątkowych…) które mają zaprocentować w przyszłości zdobyciem pracy mającej na celu zdobycie korzyści już o wiele bardziej majątkowych. Tyle teorii, jak się to sprawdza w praktyce, sami (mniej więcej) wiemy.

W każdym razie dzisiaj wszystko ruszyło. Wielkie koło edukacji, wtłaczające opornym uczniom wiedzę do głów. Szymon poszedł dzisiaj elegancko ubrany, w dżinsach i białej koszuli, z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, że wreszcie jest drugoklasistą. Fajnie, że jeszcze się cieszy. Chociaż mam nadzieję, że zawsze się będzie cieszył. Bo tak naprawdę to sobie myślę, że takie wakacje dwumiesięczne w kawałku wcale, ale to wcale nie są takie fajne. Pomijając już ten najprostszy fakt, że rodzice – oboje pracujący – często po prostu nie mają gdzie dać na całe dnie swojego pierwszo- czy też drugoklasistę, bo nie ma babci/dziadka/cioci/wujka a na kolejne, następujące po sobie i trwające w sumie całe wakacje obozy i kolonie nie ma wystarczających funduszy, a urlopu z pracy nie ma.

No a poza tym jest jeszcze ten powrót do szkoły po okresie rozleniwienia. Kiedy nie trzeba było wstawać rano, robić zadań, uczyć się, a tu nagle – bach! I to wszystko trzeba. A jak się jeszcze w dodatku okazuje, że po wakacjach nie będzie się jeździć codziennie pod jeden konkretny adres, ale dwa, albo i trzy to już w ogóle można się zakręcić.

Ale póki co, trzymam się tego, że dzisiaj poniedziałek – według mojego planu najgorszy ze wszystkich ;) dni tygodnia już minął, z Szymonem uśmiechniętym i zadowolonym. Będzie dobrze. Trzeba tylko wpaść pomiędzy zębate koła codzienności, nie dać się zmielić, tylko trochę poddać i wkręcić w codzienność. A wtedy faktycznie – będzie dobrze.