Ten ostatni czwartek, dzisiaj się rozstaniemy…

„No tak, szalone dni za sobą już mam 
Pełne pułapek zabawy krocie 
Leżenie na łóżeczku, wpatrywanie się w przedszkolne pojazdy 
Rozlane mleko i nieprzespane noce 
I pierwsze łzy, i dotyk samotności 
Rodziców obecność, gdy było źle 
Niepokój w sercu i strach z niepewności
To wszystko przydarzyło się właśnie mnie…”

O matko, ale pojechałem :-D. Najpierw Mieczysław Fogg, w tytule, a potem delikatna modyfikacja tekstu „Tak niewiele” Łez, jeszcze za czasów wokalistki Ani Wyszkoni z albumu „Nie czekaj na jutro”. Ale pasuje jak ulał.

Pasuje, bo Szymek dzisiaj przestał być przedszkolakiem. Dzisiaj był po raz ostatni. Pożegnał się z kolegami, ściskając się serdecznie, pożegnał się z paniami z przedszkola, zaniósł Pani Dyrektor bukiecik z trzech kolorowych różyczek a Rodzice Szymona dołożyli koszyk bombonierek wraz z kartką z podziękowaniami. Kończy się pewien okres. Za niespełna miesiąc Szymon będzie miał siedem lat. Siedem! Siiieeeedeeeeemmmm! Ktoś uwierzy? Ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Dzisiaj będzie tylko nostalgia. I pożegnanie. Było-minęło. Cztery lata przedszkola. Świetnego przedszkola. Kapitalnego. Będzie polecane wszystkim. No a od września… Pisząc „od września” mam wrażenie, że to gdzieś za rok, góra pół, a przecież to zaledwie za miesiąc! Ale w każdym razie – od września, za miesiąc, będzie uczniem szkoły podstawowej.

A w jego pokoju zmiany! Nie wiem, czy już to pisałem, czy nie… Ale jakiś czas temu Szymon dostał nowy, biurowy fotel i moje stare biurko. „Stare” tylko z nazwy, bo przecież z góry wiadomo było, że będzie dla niego. W doskonałym stanie. Ech, uczniak pełną gębą. Zwłaszcza, że wszystko do szkoły, zgodnie z listą liczącą kilkanaście pozycji, kupione. Bloki techniczne, rysunkowe, kolorowe, kredki. flamastry, farby, pióro, plecak, ołówek, plastelina… I jeszcze kilka rzeczy, których nie pamiętam. Wszystko jest. I teraz już tylko czekamy do września. Do pierwszego dzwonka.

Miasto rowerów i krasnali

Miniony weekend spędziliśmy we Wrocławiu. Wyjechaliśmy w piątek rano, wróciliśmy wczoraj. Taki tam szybki wypad. Głównym celem było zoo, a konkretniej – Afrykarium. Cóż… Zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Ale po kolei.

Dobrym pomysłem było przyjechanie do zoo w tygodniu, nawet w piątek – jeszcze lepszym zakup biletów online. Nie ma problemu z kolejkami „na wejściu”. Dla komórkomaniaków polecam obowiązkowo androidową aplikację ZOO Wrocław Mapa - bardzo ułatwia zwiedzanie, prowadzi do poszczególnych punktów oraz przypomina o takich rzeczach, jak pokazy karmienia zwierząt. Świetna sprawa.

No i samo zoo – jak to zoo. Zwierzaki, najróżniejsze, takie, jakie można spotkać w innych ogrodach zoologicznych. Jeżeli mam być szczery, porównując same ogrody zoologiczne, bardziej podoba mi się zoo w czeskiej Ostravie. Ale wrocławskie zoo ma coś, czego nie mają inne, a dla czego pojechaliśmy właśnie tam – Afrykarium.

Jest to naprawdę niesamowite miejsce, przepiękne i robiące wrażenie. Akwaria od podłogi po sufit, w których pływają ryby niemal wielkości człowieka, rekiny, płaszczki, morświny i perełka – może i krótki, ale jednak – tunel w całości poprowadzony pod wodą, gdzie można spojrzeć w górę i obserwować, jak dosłownie na wyciągnięcie ręki przepływa morski żółw, albo płaszczka, na której tak doskonale widoczne są ruszające się przy każdym… oddechu skrzela. No i w ogóle zafascynowały mnie płaszczki, których ruch wygląda tak, jakby nie pływały, tylko szybowały gdzieś w przestworzach. Jedyny minus tego miejsca jest taki, że korytarze dla zwiedzających osadzone są w półmroku – dlatego przepraszam od razu za brak własnych zdjęć i zapraszam na oficjalną galerię Afrykarium. Telefon po prostu nie dawał rady ;-).

Po Afrykarium oczywiście ruszyliśmy w miasto. Nasz pokój mieliśmy w samym centrum, dosłownie kilka minut od rynku, więc bez problemu mogliśmy od razu zacząć zwiedzanie. Jednak po czterech godzinach spacerowania w upale po zoo nie było zbyt dużo sił.

Tym niemniej jednak we Wrocławiu nieodmiennie (to nie była nasza pierwsza i na pewno nie ostatnia wizyta) zachwyca mnie to, że z jednej strony ulicy mamy wielki, wysoki, nowoczesny wieżowiec z gatunku stal+szkło, a po drugiej stronie stoi dwustu- i starszy budynek kościoła czy katedry, w całości wykonany z wypalanych cegieł, z których niemal każda ma minimalnie inny odcień ciemnej czerwieni. Pięknie. Bardzo pięknie. I znów – przepraszam za brak moich własnych zdjęć, następnym razem zdecydowanie będę pamiętał, by zaopatrzyć się z kolei nie w dodatkowe oświetlenie, które pomogłoby w Afrykarium, tylko powerbank, który pomoże, gdy bateria telefonu padnie ;-).

No i rowery. Wszędzie we Wrocławiu widać rowery! Ludzie jeżdżą na rowerach w ogromnych ilościach, niemal przy każdej latarni stoją przypięte doń rowery, wszystkie stojaki rowerowe zawsze pilnują przynajmniej jednego takiego „sprzęta”. Z drugiej strony, cóż, nie ma się co dziwić, skoro niemal przy każdej głównej ulicy jest ścieżka rowerowa, przy przejściach rowerowych są przejazdy. Ale też w zasadzie nie mam się co dziwić, skoro… wszędzie jest płasko. Tam nie trzeba „górskich” przełożeń, żeby się wdrapać pod górkę i potem zjechać w dół. Więc rozumiem, że tak wielu Wrocławian wybiera rower – zwłaszcza przy takich korkach ;-).

Krasnoludki. To kolejna rzecz, która podobała mi się we Wrocławiu. Jest ich mnóstwo, ponad dwieście, i cały czas pojawiają się nowe. To świetny symbol miasta, coś, czego nie mają inne – taki właśnie indywidualizm. To również mi się podoba, zwłaszcza, że znów – dla kogoś, kto jest smartfon-maniakiem, może spróbować zamiast Pokemonów, połapać Wrocławskie Krasnale w aplikacji Krasnalove. Przy następnej wizycie we Wrocławiu ta aplikacja na pewno znajdzie się w moim telefonie :-).