Wczoraj był nasz pierwszy raz…

No właśnie… Wczoraj wieczorem po raz pierwszy tego lata posiedzieliśmy sobie z Mamą Sz. na balkonie późnym wieczorem. Późnym, bo nasz balkon jest skierowany na zachód. Więc przesiadywanie na nim jest możliwe jedynie późnym popołudniem – gdy temperatura schodzi do poziomu akceptowalnego ;-). Hmm, tak, jak właśnie wczoraj.

Siedzieliśmy sobie na ogrodowych krzesłach i po prostu odpoczywaliśmy. Cudowne chwile oddechu na luzie. I chyba każdy potrzebuje od czasu do czasu takiego oddechu, nie ;-) ? Dzisiaj za to mamy wyjątek.

Ja klikam w klawiaturę, pisząc ten wpis, uszami słuchając filmu, Mama Sz. jest obok i śledząc dokładnie fabułę co-nieco mi wyjaśnia, jak się pogubię. Cudnie, że wreszcie nadszedł ten czas wakacji i można odpocząć, chociaż zdaję sobie sprawę, że przez najbliższy czas (kilka, kilkanaście dni) będę się jeszcze pojawiał w pracy, co by ostatecznie dopełnić przeróżnistych formalności ;-). Ale… luz. I o to ch(ł)odzi, jak to mówią w jednej z reklam.

A poza tym… Upał! I to taki upał na maksa. Zapomniałem dzisiaj zrobić zdjęcie w Fabiance, która w pewnym momencie pokazała mi… 39,5 stopnia! Jakiś obłęd. Gdy tylko uruchamiam silnik (może nie licząc porannego, pierwszego startu po nocy…) od razu uruchamia się wentylator. I tak sobie silnik pracuje w warunkach podwyższonego ryzyka, męcząc się gorącym powietrzem. I my też się męczymy. Nawet w naszym ulubionym parku w Moim Mieście dzisiaj było… no, może nie upalnie, bez przesady, ale… duszno, ciepło. Mimo zielonego dachu nad głową i delikatnych powiewów wiatru.

Ach, muszę też koniecznie wspomnieć o mini-burzy z mega-wiatrem. Dzisiaj późnym popołudniem, gdy siedzieliśmy z Mamą Sz. i Szymonem na Moim Mieście, nagle pojawiła się burza. Nadeszła szybko, niemal z zaskoczenia. Czemu „mini” i „mega”? Burza rzuciła zaledwie kilkoma piorunami, gdzieś tam daleko, rzuciła ogromną ilością deszczu (zalewając między innymi fiskalną kasę w ogródku kawiarni, w którym siedzieliśmy ;-) ) i zaatakowała porywami wiatru wywracając reklamowe stojaki, szarpiąc dużymi parasolami, przewracając doniczki stojące na stolikach. Wszystko trwało kilka(naście…?) minut, a potem zrobiła się kompletna cisza. I cała woda zaczęła wyparowywać błyskawicznie. Naprawdę. Kilkanaście minut później, gdy podjechaliśmy na zakupy do jednego z supermarketów, wybrukowany parking był niemal suchy. Za to nad wszystkimi drogami unosiły się pasemka pary wodnej, gdy rozgrzany asfalt natychmiast oddawał całe ciepło. Ech, co za dzień. I podobno ma tak być dalej, tylko cieplej.

Ale przecież nie ma co narzekać, to jest lato! I tak właśnie lato ma wyglądać, prawda? Słońce, ciepło, upał – cóż, tak właśnie ma to chyba wyglądać, nie?

I jeszcze jedno, malutkie zdanie, a właściwie obserwacja: wracałem dzisiaj z Szymonem z naszego ulubionego, wspomnianego parku w okolicach 16:30. Miałem wrażenie, że Moje Miasto jest wymarłe – puste ulice, puste okna, nigdzie żadnych ludzi. Ciekawe dlaczego, nie ;-) ?

No masz, na kilka sekund przed kliknięciem przycisku „Opublikuj” przypomniałem sobie o jeszcze jednej rzeczy, o której chciałem napisać tu dzisiaj. Szymon „oficjalnie” pożegnał się z przedszkolem. „Oficjalnie”, to znaczy zabawowo i imprezowo – panie wychowawczynie wymyśliły nocowanie w przedszkolu. Pomysł świetny, Szymon w zasadzie od tygodnia nie mówił i niczym innym i wczoraj został odstawiony do przedszkola na 18-tą, by zrobić grilla z łososiem, poszukać skarbów w ogródku i na strychu przedszkola i wreszcie zanocować na przyniesionych do przedszkola materacach. Pomysł jak najbardziej udany ;-). I godny polecenia.

Sobota (nie) pracująca…

Hmm, sobota wreszcie. Słoneczna sobota. Za oknem słońce, nad domem błękit nieba i warkot samolotów z lokalnego aeroklubu. Pewnie pracowicie wyciągają w niebo szybowce lub wiozą skoczków na oddanie skoku ze spadochronem. Albo po prostu szkolą się przyszli piloci. W każdym razie – warczą. Hmm, dorastałem pod tymi dźwiękami. Pamiętam doskonale, jak z kuzynem M. „strzelaliśmy” z patyków-karabinów do przelatujących samolotów, a gdy te „spadały”, znikając dalekooo od nas za drzewami podchodząc do lądowania, wiwatowaliśmy, zaliczając kolejne „zestrzelenie”. Ech, sentymentalnie coś mi się zrobiło.

A ja dzisiaj sobotę pracującą mam. Chociaż dzisiaj trochę inaczej, niż ostatnim razem, nie zanurzałem się w HTML-owym kodzie, lecz bawiłem się z grafiką. Z obrazkami. Też to lubię. Polubiłem. Taka właśnie tam twórcza praca. Ale właśnie skończyłem. Jeszcze kilka(naście) słów i będę mógł też wyjść na zewnątrz, rozłożyć się gdzieś na kocu na trawie, a może na huśtającej się ławce, a może po prostu na ogrodowym krześle z InkBOOK-iem w dłoni,. Tak, tak, właśnie ten model – InkBOOK Classic wybrałem jako mój pierwszy czytnik książek. I przez niego nie mam czasu na wiele więcej, hehehe. Wciągnęło mnie czytanie. I myślę powoli już o jakiejś dłuższej recenzji tego sprzętu. Ale to dopiero za kilka dni. A być może nawet i za tydzień – teraz jeszcze gorąco, jeszcze ostatnie dni przed wakacjami. Niby tak mało, ale właśnie najbardziej wymagająco. Trzeba się sprężyć. Taka ostatnia prosta przed metą, na której trzeba znaleźć w sobie ostatnie rezerwy i dać z siebie jak najwięcej. Daaaam. A potem spokój. I już nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł wyciągnąć z piwnicy mój rower.

Właśnie – rower. I rolki. Mieliśmy ambitne plany, by jeździć dwa razy w tygodniu, gdy Szymon będzie na tanecznym treningu, ale… cóż, nie wyszło. Albo: nie do końca znaleźliśmy motywację ;-). W końcu, z drugiej strony – to było półtora godziny po południu, po pracy, kiedy człowiek myśli o tym, żeby wreszcie usiąść na 4-literach i w spokoju posiedzieć. Albo wypić dobrą kawę. Gdzie tam rolki po głowie chodzą (jeżdżą…?).

Ale rower… Rower się… haha, chciałem napisać, że „odkurzy”, ale tak naprawdę nawet o tym nie myślę, by cokolwiek „odkurzać” po wyciągnięciu z piwnicy. Po prostu pierwsza wycieczka będzie na samochodową myjnię, na której tak często jeżdżę Fabianką, a na której jest również stanowisko do mycia rowerów. I po prostu umyję. A potem i tak z radością dziecka od razu ubrudzę na wąskich, zakręconych, leśnych ścieżkach pełnych drobnych kamieni i błota, ułatwiających wejście bokiem ;-). Ech, tęsknię już do tego.

I znów – tyle. Mija pierwsza, zbliża się czas obiadu. Potem rendez-vous z e-książką i świeżym powietrzem pod którymś z ogrodowych drzew w moim rodzinnym J.Ś. Miłego weekendu!