Ale że to… już?

No… w sumie to tak, to już. Kalendarz nie kłamie, łobuz jeden, bezlitośnie odzierając mnie ze złudzeń. Taaak, piątek. Normalnie to pewnie byłbym radosny i szczęśliwy, tyle, że akurat dzisiejszy piątek wyznacza mi połowę ferii, czyli że z dwóch tygodni przysłowiowej „laby” został jeden. I to nawet już nie „laby”, bo będzie kreatywnie (mam nadzieję) i konstruktywnie. Zresztą, i „laba”była tylko przysłowiowa, chociażby z powodu Szymonowego żołądkowego wirusa (albo grypy żołądkowej, czort jeden wie, co to było – ważne, że już się skończyło ;-) ). I w zasadzie z całego tygodnia zimowych zajęć w szkole Szymek był wczoraj i dzisiaj – mówi się trudno, kosztowało symbolicznie, raczej chodzi o to, że musiał siedzieć w domu. No i oczywiście o moje plany, hehe. A plany były że hoho, wielkie. Ale jak to bywa, nie wyszło. To znaczy, wyszło trochę, wczoraj, wyszło trochę dzisiaj.

Bo wiecie, jakoś tak mamy ostatnio z Mamą Sz. chęć na stare filmy. Wiecie, te z cudnych lat ’90 albo i ’80. Więc sobie co wieczór oglądamy jakiegoś takiego twora z tamtych lat, takiego, co ma właśnie odpowiedni rocznik, ale jakoś tak uciekał nam przez ten czas. No i tym sposobem mamy już za sobą „Urodzonych morderców” czy też „Top Gun”*. Ostatnio chcieliśmy się zmierzyć z „Fatalnym zauroczeniem”, ale Szymek w jednej trzeciej przybył do nas i wyraził wolę zadekowania się w naszym łóżku, więc odpuściliśmy. A z moich osobistych planów – dziś udało mi się wrócić do „Ognistych Ptaków” z Nicolasem Cage’m. Ach, co to był za film ;-).

Zresztą ostatnio coś Szymek źle nam sypia. Niby się przebudza w nocy, ale jakby nie do końca jest przebudzony, walczy z tym, co mu się śni, popłakuje… Ani chybi coś go gryzie. Pytanie tylko, co gryzie Gilberta Grape’a** Szymona, że nie może w nocy spać? Bajki może, które ogląda… Albo to, że chodzi zdecydowanie za późno spać. Nieważne. Walczymy, śpiewamy kołysanki (znaczy Mama Sz. śpiewa, ja udaję, bo po moich uszach przeszedł nie tyle słoń, co mamut i to w dodatku nie dość, że w obu kierunkach, to jeszcze razem z całą swoją mamucią rodziną i głosu tudzież poczucia rytmu we mnie za grosz nie ma ;P ), tulimy i mamy nadzieję, że przejdzie. Muszę zrobić mały, rodzinny risercz, czy jak byłem mały, to też były takie kłopoty senne? Może to geny moje zwichrowane po prostu Szymkowi spać nie dają po nocach ;) ? Zresztą, nieważne, będzie dobrze.

Będzie dobrze, bo już za tydzień kończy się styczeń. I ja się cieszę. Tym bardziej, że ostatnio coraz częściej nasza Fabianka przy odpalaniu silnika radośnie merda ogonkiem (znaczy się wycieraczka z tyłu sama jej przelatuje przez szybę ;-P ), co jest ostrzeżeniem o słabszej mocy akumulatora. Czyli że znów może nadejść taki dzień, w którym przekaże nam jasny sygnał „sorry, dzisiaj nie da rady” i nie odpali. Więc właśnie – ja się tam cieszę. Koniec stycznia, bliżej wiosny, chociaż wioskowa mądrość mówi coś tam o nadejściu lutego i kuciu butów (ale że kowal buty wykuwa ;P ? ). Nie wiem, nie znam się, ignoruję, i nadzieję na wiosnę mam ;-P.

A skoro wiosna, to przecież i ciuchy, nie? Mama Sz. wynalazła ostatnio ciekawą książkę, która wydatnie pomocna jest przy sprzątaniu (czyt. pozbywaniu się rzeczy, których nie potrzebujemy, ale do których mamy sentyment ;) ), czyli „Magia sprzątania” autorstwa Marie Kondo. Oczywiście, z naszego punktu widzenia, po odrzuceniu z pierwszego podejścia całą filozofię porządku feng shui, pozbywanie się ciuchów (czy w ogóle rzeczy) na zasadzie odpowiedzi na pytanie, czy dany przedmiot sprawia nam przyjemność… To ma sens. I od razu można zrobić więcej miejsca w szafie, nie?

A skoro już więcej miejsca się zrobiło, to można od razu miejsce to zapełnić :D. A że teraz szafy wysprzątane zgodnie z zasadami feng… no dobra, niezgodnie z tymi zasadami, ale zgodnie z poczuciem przyjemności, to miejsca też zrobiło się duuużo. I skąd wziąć tyle nowych, fajnych ciuchów? Najlepiej z dobrego źródła – oczywiście. A takim źródłem może być na przykład hurtownia odzieżowa. Taką, jak znalazłem dzisiaj, przejrzałem ofertę i kurcze… kilka rzeczy szybko znajdzie się w tym nowo wygospodarowanym dzięki feng shui*** miejscu w szafie. A co, facet też może się pochwalić, że sobie ciuchy kupi, nie ;) ?

*tak, właśnie „Top Gun”. Uwierzycie, że ja ten film obejrzałem – tak naprawdę obejrzałem, od początku do końca – dopiero teraz, tyle lat po nakręceniu go?

**no proszę, kolejny film z lat dziewięćdziesiątych mi się wcisnął ;P.

***no co ja mam z tym feng shui dzisiaj ;P ?

Dzisiejszy, pierwszy dzień ferii zimowych zaczął się…

…wczoraj. A konkretnie: wczoraj już wiedzieliśmy, że będzie inaczej, niż planowaliśmy. Zamiast porannego wyjazdu do szkoły z Szymonem i bratankiem Mamy Szymona pojechałem tylko z tym drugim, po czym po godzinie wróciłem. Szymon chory.

Już wczoraj, gdy wróciliśmy do Teściów po studiach moich i pracy Mamy Sz., stwierdziliśmy, że Szymek śpi. Od razu zapaliła się żółta lampka, bo on przecież nigdy nie śpi w dzień, od dawna już. Szybka inspekcja wraz z badaniem na zasadzie ręka-czoło utwierdziło nas w podejrzeniach, że Szymek jest chory bo gorączka jak nic. Szybka więc ewakuacja do domu i leczenia ciąg dalszy. Niestety, leczenia nad miską… No i jeszcze gdzieś po drodze ból gardła i lampka, która już dawno zmieniła kolor z pomarańczy godnej kamizelki drogowego robotnika na krwistą czerwień – angina!

Dzisiaj, po nocce z głowy (przyznaję niechętnie, że głównie dla Mamy Sz.) dochodzimy do wniosku dzięki pomocy bliskiej nam osoby, że na szczęście to jednak nie angina, a „tylko” żołądkowa grypa. Napisałem „tylko”, bo Szymek nie przyjmuje żadnych leków i taką grypę może zwyczajnie i po prostu przeleżeć w łóżku. Także dla nas (i dla niego, a konkretnie – dla jego nieszczęsnego tyłka*) tak zdecydowanie lepiej. Dzisiaj, teraz, kilka minut po osiemnastej, jest zdecydowanie lepiej. Myślę, że jeszcze jutro, może w środę i chociaż na dwa dni Szymek będzie w stanie zjawić się na szkolnych półkoloniach. Oby…

*przy pierwszej anginie dwa razy dziennie (rano i wieczorem) jeździliśmy do szpitala na SOR, by podać Szymkowi antybiotyk dopupnie domięśniowo. Przy kolejnej anginie rano i wieczorem toczyliśmy ponadpółgodzinne boje, by Szymek przyjął antybiotyk. Jest mega-anty jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju lekarstwa. Nie i już. A my tylko się męczymy i cierpimy, widząc, jak uparcie odmawia syropu na gorączkę, mając 39st.C. Ech…